Blog > Komentarze do wpisu
Granica*

Pierwszy raz jechałam ze Lwowa w dzień, prawie zawsze jeżdżę nocą. Autobus był z kategorii „pasja, przygoda, ryzyko”, niedługo miałam się dowiedzieć, czemu na tej trasie jeździ tylko taki. Na Stryjskim** wsiadło tylko kilka osób, ale już w centrum autobus się zapełnił. Pasażerowie (a w zasadzie pasażerki) nie kupują „oficjalnych” biletów, płacą kierowcy. Wszyscy są w świetnej komitywie, widać od razu, że dobrze się znają. Autobus jeszcze nie ruszył z przystanku, a już ze wszystkich stron rozległ się odgłos taśmy klejącej. Towarzyszył nam do samej granicy. Wyobrażam sobie, jak czułaby się osoba, którą takie dźwięki przyprawiają o dreszcze. Na szczęście ja do nich nie należę. Wracając do meritum: zwykłych pasażerów było chyba troje: ja, jeszcze jeden Polak i anglistka, profesor lwowskiej politechniki, wykładająca co dwa tygodnie w Polsce, przemiła osoba, przyjacielska, bardzo otwarta i inteligentna. Polak za to był strasznym chamem i ignorantem, na nieszczęście siedział tuż za mną i prawie całą drogę musiałam słuchać jego rozmowy z siedzącym obok Ukraińcem, miłym i uprzejmym człowiekiem. Ukrainiec starał się mówić po polsku, nawet nieźle mu szło, ale Polak strasznie się upierał żeby mówić po rosyjsku. Wracał z dalekiej Rosji, nie był jeszcze nigdy na Ukrainie i z tego, co wywnioskowałam uważał ją za wyjątkowo prymitywne i zacofane państwo. Zwracał się zresztą do Ukraińca „na ty”, co tutaj jest chyba jeszcze większym afrontem, niż u nas. Podczas ich długiej rozmowy usłyszałam jeden śmieszny fragment: Ukrainiec upierał się, że paszport zagraniczny*** jest ważny przez pół roku. Polak uświadomił go, że jest ważny 10 lat, tylko Ukraińcowi po prostu nie starcza miejsca na pieczątki.

Pozostali pasażerowie to wyłącznie kobiety zarabiające na życie właśnie „mrówkarstwem”. Wiele z nich to całkiem młode osoby, zmęczone jednak życiem, ze zniszczonymi rękami i rozbieganymi oczami. Potrafią jednak przysiąść na chwilę i wesoło porozmawiać. Część z nich wiezie tyle, ile uzna za stosowne, mam jednak wrażenie, że większość stanowi zorganizowaną grupę. Już na pierwszy rzut oka można rozpoznać początkujące mrówki – nie mają tej wprawy w zawijaniu paczek w czarny materiał, długo się zastanawiają, gdzie chować, klękając na podłodze podkładają sobie pod kolana torbę, są czyściej ubrane (a przecież podczas upychania papierosów w zakamarkach autobusu ubranie bardzo się brudzi) itp. Właśnie czarny materiał (grube pończochy, ścinki, rękawy) i taśma klejąca to podstawowe wyposażenie mrówki. Dodatkowo przydaje się też igła z nitką i długi metalowy pręt do upychania, a potem wyjmowania paczek z niedostępnych miejsc. Od razu wiadomo, że część przeznaczona jest na stracenie – myślę, że nawet celowo część papierosów jest chowana tak, żeby łatwo było je znaleźć. Miejsc do ukrycia czegokolwiek w autobusie, którym jedziemy jest mnóstwo: właśnie dlatego na tej trasie jeździ taki gruchot. Paczki zawinięte po 3-4 w czarny materiał znikają w czeluściach autobusu w mgnieniu oka. Jedna kobieta uparcie dopycha pojedyncze papierosy do innych paczek. Na granicy polscy celnicy przeszukują cały autobus i wynoszą całe siatki nielegalnego towaru. My stoimy przed autobusem, każdy spowiada się, co wiezie, każdemu celnik przetrząsa bagaż brudną łapą. Upokarzające. Celnicy są jednakowo nieprzyjemni dla wszystkich, zresztą dopóki się nie odezwiemy nie wiedzą, czy jesteśmy Polakami, czy Ukraińcami, kontrola paszportowa była wcześniej. Michał mówi jednak, że i tak powinnam być wdzięczna celnikom, że nie zatrzymują autobusu i nie biorą go na kanał – raz nam się to zdarzyło, była zima, temperatura sporo poniżej zera, wysadzono nas z autobusu i kazano czekać na dworze cztery (!!!) godziny. Celnicy nie byli nawet na tyle uprzejmi, żeby nam udostępnić jakiekolwiek pomieszczenie, był środek nocy (staliśmy od 24 do 4 rano) i generalnie wszystko było pozamykane. Wraz z innymi pasażerami wypiliśmy cały zapas gorących płynów z automatu stojącego na przejściu. Wtedy jednak to kierowcy przewozili ogromne ilości papierosów – mrówki nie pracują w nocy na trasie Lwów – Warszawa. W dzień natomiast celnicy chyba wychodzą z założenia, że każdy chce jakoś żyć i po kilkunastu minutach dają spokój – ile znaleźli, to ich. Bo przecież ich nikt nie kontroluje, nikt nie zapisuje, ile kartonów zebrali w ciągu dnia... Kobiety zaraz po powrocie do autobusu rzucają się na poszukiwania, śmieją się, kiedy znajdą wcześniej schowane paczki. Jest to o tyle zabawne, że poszukiwania zaczynają się, zanim jeszcze autobus ruszy – celnicy stoją na zewnątrz i patrzą na to wszystko. Radosna atmosfera udziela się także mnie – cieszę się z każdego znalezionego przez kobiety zawiniątka. Co dziwne – paczki papierosów po takich przejściach nie są ani trochę zniszczone.


Mrówki wiozą też oczywiście alkohol, jednak ponieważ trudno go schować, wiezie się tyle, ile wolno****. Oczywiście w autobusie jest kilka dodatkowych butelek, deklarują je osoby takie, jak ja – które z nieznanych nikomu przyczyn same nic nie przewożą. Ja po prostu nie zdążyłam kupić, mogłam więc wziąć cudzą butelkę. Generalnie trzeba bardzo uważać biorąc od kogoś alkohol i papierosy do zadeklarowania na granicy. Coraz więcej ludzi przewozi narkotyki w paczkach od papierosów i rozmaite inne substancje w butelkach po wódce. Najbezpieczniej brać towar od osób starszych lub takich, które się zna – to słowa lwowskiej pani profesor. Oczywiście nie ma obowiązku pomagania innym, w wypadku, kiedy nie chcemy nic nikomu przewieźć lepiej powiedzieć, że ma się swoje.


O 14.45 docieram do Lublina (wyjechałam o 7 rano czasu polskiego). Biegnę na poszukiwania autobusu do Warszawy – wiem od Michała, że w okolicach 15 powinny być ze cztery. Znajduję jeden, ale ma zaraz ruszać, a ja nie mam złotówek. Urocze panie w kasach nie są w stanie powiedzieć mi, gdzie jest bankomat, a kartą zapłacić nie mogę. Dopycham się bankomatu, przepuszczają mnie na szczęście koleżanki-mrówki, wymieniam resztki hrywni i modlę się, żeby starczyło. W tym czasie autobus odjeżdża, a kasjerki twierdzą, że następny jest za godzinę. Mnę w ustach przekleństwo i zdyszana do granic możliwości biegam po całym dworcu. W końcu prawie wpadam pod autobus jadący do Warszawy. Po kupieniu biletu zostają mi 2 złote – akurat na wodę mineralną. Siadam w autobusie i oddycham z ulgą. Autobus jest tak nowy i luksusowy, że czuję się w nim nie na miejscu – nie mam odpowiedniego makijażu a biegając po dworcu zgrzałam i poczochrałam się nieprzytomnie.


O 18.00 docieram do Warszawy. Michał, własne łóżko, woda w kranie 24h na dobę. Szczęście absolutne.


Nigdy więcej podróży w dzień.




*Od razu chciałam zaznaczyć, że nie zdradzam żadnych tajemnic, nie chcę utrudniać życia „mrówkom”, opisuję tylko swoje obserwacje

** Stryjski – dworzec autobusowy, między innymi międzynarodowy, zwany także awtowokzałem.

*** Na Ukrainie odpowiednikiem naszego Dowodu Osobistego jest dokument zwany Paszportem, a nasz Paszport to tu Zakordonnyj Pasport.

**** Dozwolona ilość to jeden karton papierosów i litr wódki. Od niedawna smakowe koniaki (zawartość alkoholu to ok. 17%), dawniej zaliczane do win także są traktowane jak wódka – szkoda, bo przez to mniej ich trafia do nas.

środa, 28 marca 2007, we-lwowie

Polecane wpisy

  • Zaległa odpowiedź

    Normal 0 21 MicrosoftInternetExplorer4 <!-- /* Font Definitions */ @font-face {font-family:Georgia; panose-1:2 4 5 2 5 4 5 2 3 3; mso-

  • Drodzy czytelnicy,

    Bardzo mi milo, ze pamiętacie o moim blogu, choć tak dawno nie pojawiały się na nim nowe wpisy. Od początku nie ukrywałam, że blog jest relacją z semestralnego

  • Lwów i Kijów.

    Trwa rewolucja. Przychodzi faks z Moskwy: "Możemy uznać waszą rewolucję, ale musicie dać nam Kijów i Lwów. W sztabie Juszczenki chwilowa konsternacja. Jedn