Wiele miesięcy po
zarzuceniu bloga pojawił się bardzo ciekawy komentarz, a ja go niestety
przegapiłam. Zainteresowanych odsyłam do pierwszej notki z 30 stycznia 2007 i komentarza pod nią. Chciałabym się do niego
ustosunkować.
Danko,
Widziałam gdzie jadę a
nawet więcej - chciałam tam jechać. Nie przeczytałaś całości, ale opinię masz.
Dobrze. Przed wyjazdem pisałam: „Ukraina jest pięknym krajem. Wiele tu
kontrastów, rzeczy dziwnych, ciekawych, często niespotykanych. Chciałabym na to
wszystko spojrzeć oczami etnologa, dostrzec i wynotować to, co mnie samej
często wydaje się naturalne, a co stanowi o niezwykłości tego miejsca i ludzi
tu żyjących.”
Myślałaś, że spotkasz tu
wyważony opis „prawdy” o Lwowie? Niestety – prawda po pierwsze nie istnieje, a
po drugie nawet jej części, dostępnej nam samym, nie da się opisać. Mój Lwów
był trudny. Mogłam oczywiście pojechać do drogiego lwowskiego hotelu, nie
odwiedzić przedmieści, zachwycać się kolorowymi strojami na ulicach, wolno
spacerować urokliwymi uliczkami starówki i płakać nad tym, że to piękne miasto
tak niszczeje. Mogłam też zanurzyć się w realność mieszkańców tego miasta –
mieszkać w studenckim mieszkaniu, przez kilka miesięcy co rano tłuc się marszrutkami,
myć o wyznaczonych godzinach, spieszyć się codziennie razem z lwowiakami. Razem
z nimi korzystać z wody tylko o wyznaczonych porach.
Antropologia kulturowa (bo
etnografem niestety nie jestem) nie polega wyłącznie na zachwycaniu się
zastanymi realiami i pianiu z radości na widok czegoś odmiennego. Polega przede
wszystkim na tym, by zmierzyć się z własnymi przedsądami, by zrewidować
swoje poglądy, by odwrócić się o jakieś 90 stopni, spojrzeć z boku i być w
stanie to opisać. Te zapiski były robione z pozycji frontalnej, na bieżąco, chciałby
się rzec na „żywo”.
Nie naśmiewałam się z
biedy, a ubolewałam nad brudem. Człowiek biedny nie musi być brudny, naprawdę.
Lwów architektonicznie
jest przepiękny. Nigdy nie porównywałam go z Warszawą, bo mija się to z celem.
Warszawy nie lubię i nie promuję. Lwów był i nadal jest dla mnie fascynujący. Niestety
życie w nim nie jest łatwe, ani zbyt przyjemne. Mój blog był w pewnym sensie próbą
odreagowania pewnej rzeczywistości.
Przykro mi, jeśli uraził
Cię widok takich, a nie innych obrazków. Jeśli przejrzysz więcej notatek,
znajdziesz naprawdę piękne miejsca. Każdy medal ma dwie strony, warto przyjrzeć
się obydwu.
Bardzo mi milo, ze pamiętacie o moim blogu, choć tak dawno nie pojawiały się na nim nowe wpisy. Od początku nie ukrywałam, że blog jest relacją z semestralnego pobytu we Lwowie, który po prostu się już zakończył. Ze względu na opuszczenie pięknego miasta Lwowa, mam coraz mniej do powiedzenia. Moja lwowska trauma powoli przemienia się w słowo pisane - piszę artykuł (naukowy?) dotyczący warunków życia we Lwowie i nauczania na lwowskim uniwersytecie. Jeśli artykuł powstanie (i zostanie opublikowany), to na pewno zamieszczę informację o tym na niniejszej stronie. Pod koniec sierpnia wybieramy się z mężem na Krym, a przedtem chcemy spędzić 4-5 dni we Lwowie, ja już się bardzo cieszę, mąż niestety mniej ;) Jeśli wydarzy się coś, co będzie godne opisania, z pewnością o tym napiszemy po powrocie.
Tak w ogóle, to słowo „zabobon” nie jest na Ukrainie słowem pejoratywnym. Oznacza po prostu wierzenie, przesąd, zwykle prymitywny. Słowo „prymitywny” również nie ma wg Ukraińców negatywnego zabarwienia. Oczywiście zarówno „zabobon”, jak i wszelaka „prymitywność” odnoszą się zawsze do innych, nigdy do nas…
2 perełki:
Dziewczęta z pierwszego roku etnologii pytały mnie, czym się zajmuję. Opowiedziałam im więc o swojej pracy licencjackiej i badaniach do niej (Postrzeganie niepełnosprawności dziecięcej przez prawosławną ludność wiejską pogranicza polsko-ukraińskiego), a żeby upikantnić temat dodałam wesołe historyjki o zakazie przewiązywania się sznurem podczas ciąży i przechodzenia przez tenże, o zakazie wyglądania przez szparę w drzwiach i tym podobne.
Praca moja nie spotkała się z żywym zainteresowaniem dziewcząt, jednak zakazy owe a i owszem. Natychmiast zaczęły dyskutować i przekonywać siebie nawzajem, że takie zabobony są bardzo prawdziwe. Dowiedziałam się, że nie można chłopakowi (własnemu) dać w prezencie zegarka, bo on niechybnie ofiarodawczynię porzuci.
Lida jednak nie dała się o tym przekonać, ponieważ wie, że jej siostra dała chłopakowi zegarek, a już są małżeństwem. Na moją wątpliwość, że przecież mąż również może żonę zostawić, Lida tylko prychnęła. Przecież zegarek „działa w ten sposób” tylko przed ślubem…
Czy to, że ojciec mój, kiedy został poproszony o mą dłoń, ofiarował Michałowi zegarek, mam właśnie tak rozumieć?
Pewnego razu podczas lekcji z Larysą tłumaczyłam, co to jest wysypka. Nie mogąc znaleźć odpowiednich synonimów, po prostu pokazałam na swojej ręce wyimaginowane wypryski. Larysa spojrzała na mnie przerażona, szybko „zdjęła” ze mnie wysypkę i odrzuciła ją za swoje ramię.
Bede we Lwowie tylko do niedzieli, z czego (nie ukrywam) bardzo sie ciesze.
Wiec: jesli macie jakies zamowienia, piszcie smialo. Alkohol niestety nie wchodzi w gre - sami zbieramy procenty na parapetowe. Wszystko inne bardzo chetnie przywieziemy, musimy jednak wiedziec troche wczesniej - najchetniej do soboty.
Zaniepokojonych dalszymi losami bloga uspokajam - mam jeszcze sporo notatek i zapiskow, sporo wrazen, doswiadczen i przygod. Blog tak szybko nie umrze.
Przez cały pobyt zbieralam drobiazgi:
opowiastki, historyjki, komentarze, wydarzenia itp.
Niektóre zabawne, inne straszne.
Roznie. Dzis tylko maly fragment.
W telewizji Walentyna opowiada, jak
ustrzec się przed złym okiem, urokami itp. Trzeba używać świętych
obrazków, które można u niej kupić. Ubrana jest w
haftowaną soroczkę, na głowie ma chustkę. Pokazuje też talizman
z twarzą Chrystusa – nie jest drogi, a jeśli będziemy trzymać
go na dnie woreczka z pieniędzmi i na nim kłaść oszczędności,
to bardzo szybko staniemy się milionerami.
Takie programy są bardzo popularne.
Talizmany można kupić w tele-sklepach.
Mieszkam na ulicy Pasicznej, niedaleko
ulicy Medowoji Peczery. W okolicy jest wiele sklepów, ale
zwykle bardzo ubogo zaopatrzonych.
Starsza pani kupuje w sklepie cebule.
Zachwyca się, że taka ładna, prosi o jeszcze jeden kilogram.
Sprzedawczyni proponuje jej drugą torebkę foliową, bo jedna może
nie wytrzymać. Kobieta nie chce, ale bierze, kiedy się okazuje, że
torebka jest za darmo (we Lwowie płaci się zazwyczaj za każdą
torebkę foliową – kulioczok). Sprzedawczyni mówi:
- Teraz to pani do Kijowa z tą cebulą
dojdzie.
- Nie, ja tylko na Medowoji Peczery -
odpowiada staruszka.
Sprzedawczyni uśmiecha się do mnie
porozumiewawczo.
W telewizji większość filmów
jest po rosyjsku z napisami ukraińskimi, których nie widzę,
bo mój telewizor ma ekran wielkości pocztówki.
Wiadomości i inne programy zazwyczaj są po ukraińsku, jednak na
przykład rozdanie nagród (dla przedsiębiorcy roku i inne w
ten deseń) prowadzą dwie osoby – mówiąca po rosyjsku i
mówiąca po ukraińsku. Przyznam, że na początku bardzo
dziwnie to dla mnie brzmiało. Z czasem jednak się przyzwyczaiłam.
W ogóle nieznajomość języka
rosyjskiego jest sporym problemem – na Uniwersytecie czasem nawet
80% lektur jest po rosyjsku. We Lwowie większość ludzi używa na
co dzień języka ukraińskiego, ale taka sytuacja jest w zasadzie
tylko na zachodniej Ukrainie. Na Uniwersytecie Lwowskim wykładowcy
przymuszają studentów do używania języka ukraińskiego.
Kiedy student na pytanie odpowie „da” (zamiast „tak”), jest
delikatnie upominany, że „w porządku, ale proszę mówić
po ukraińsku”.
Kiedyś usiłowałam dowiedzieć się w
kinie, czy dubbing jest rosyjski czy ukraiński. Pani w kasie
patrzyła na mnie, jak na wariatkę. Tłumaczyłam jej, że nie znam
rosyjskiego. Wytrzeszczyła na mnie oczy i spytała: - To jak pani
kiedyś oglądała filmy?
W telewizji program rozrywkowy,
niestety po rosyjsku. Zabawny, przynajmniej te fragmenty, które
rozumiem. Jeden z nich o Nadieżdzie Krupskiej i oczywiście Leninie.
Lenin bardzo się spóźnił, w drzwiach wita go roztrzęsiona
Nadieżda: - Tak długo na ciebie czekałam, całego Marksa
przeczytałam, wszystkie mauzolea obdzwoniłam!