RSS
środa, 31 stycznia 2007
Unia dociera wszędzie.

Movnykiv, niedaleko Nowowołyńska.

23:09, we-lwowie
Link Dodaj komentarz »
Proza życia...

Początek wielkiej kolekcji. Tylko dla twardzieli. Osobom "obrzydliwym" i tym, które mają słabe nerwy bądź bujną wyobraźnię - nie radzę oglądać.

  • Centrum Lwowa, niedaleko Opernoho, 100$ za miesiąc. Takie wygody mieli dość długo nasi bliscy znajomi. I dzielili je ze sporą grupą innych szczęśliwców: pierwsza

  • Kamionka Buz'ka (dawniej Strumiłowa), 3,75 UAH za przejazd z centrum Lwowa. Mieszkaliśmy tam miesiąc. Opłaty "grzecznościowe": druga

  • 23:07, we-lwowie
    Link Komentarze (1) »
    Karetka.

    "Szvydka medyczna dopomoha"

    Ukraińska karetka. Mam nadzieję, że jednak nie będę jej zwiedzać od środka.

    22:59, we-lwowie
    Link Dodaj komentarz »
    Biznes?

    "Ruchaj svij biznes"

    Są takie słowa w języku ukraińskim, których, przyznaję się, jest mi trudno użwać.

    22:54, we-lwowie
    Link Dodaj komentarz »
    Bandera.

    "Park im. Stepana Bandery rekonstrujowano u 2002 roci"

    Ukraińcom często trudno jest uporać się z historią. Na zdjęciu Pomnik Stepana Bandery i park jego imienia.

    22:46, we-lwowie
    Link Komentarze (3) »
    Na ulicy.

    Na ulicach Lwowa wyglądam dziwacznie: długie kolorowe spódnice i nie daj jeszcze czasem chustka na głowie. Cyganka. Czy jestem aż taką konformistką, żeby nie chcieć się wyróżniać? Chyba w tym wypadku tak. Po prostu tu jest inaczej. Jak sama Ela* stwierdziła: jak rzucą jeden model spodni, swetra czy tp. na bazar, to wszyscy w tym chodzą. To ja też będę musiała. Z długich spódnic trudno zrezygnować, ale można je zamienić na bardziej znośne. I musiałam zostawić w domu wszystkie „narodne” chustki, szaliki, torebki... Smutno bez nich.

    Michałowi** łatwiej. Skórzana kurtka, ortalionowe spodnie (od biedy dżinsy), błyszczące pantofle, kaszkiet i suszona ryba pod pachą. Drobiazgi, a zrobią z niego rasowego Ukraińca. I jeszcze brody musiałby się pozbyć. Z brodą wygląda tu jak fleja.

    *Ela to moja koleżanka, Ukrainka, mieszka we Lwowie i pewnie będzie się przewijać przez tego bloga.

    **Michał to mój chłopak. Też się będzie przewijał.

    00:54, we-lwowie
    Link Dodaj komentarz »
    Pierwsze kroki.

    Pierwsze problemy pojawiły się na samym początku: nikt nie wiedział (u nas na Uniwersytecie), czy i w jaki sposób można wyjechać do Lwowa. Ustaliliśmy więc z Ojcem Dyrektorem*, że pojadę na własną rękę. Czyli: sama za wszystko płacę, sama wszystko załatwiam, a na UW biorę w tym czasie urlop. Dobrze. Może nawet lepiej. Po podjęciu decyzji o wyjeździe usłyszałam tylko, że skoro chcę się uczyć przez pół roku pieśni żniwiarskich i obrzędów weselnych, to w sumie nic nie stoi na przeszkodzie.

    W styczniu pojechałam na mały rekonesans. Ze sobą miałam Dębową dla ichniego Ojca Dyrektora oraz list polecający, który (oczywiście) musiałam sama napisać.

    Na miejscu było bardzo miło, prof. S.** zmartwił się tylko, czy będę miała gdzie mieszkać. Razem z dziekanem („Och, ależ on śmierdział!”, „Ale czym, pani Kaju? Brudem czy potem”) zastanawiali się, gdzie mnie umieścić. Rozważali pokoje gościnne w akademiku, ale jak się dowiedzieli, że chcę przyjechać z komputerem („Ale welykyj – tu dziekan pokazał rękami - czy laptop?), to zrezygnowali z pomysłu. Chociaż zaproponowali, że skoro prof. S. mieszka niedaleko, to wychodząc będę zostawiała laptopa u niego. Hmm, może jeszcze skorzystam z tego dobrodziejstwa...

    Okazało się też, że jednak da się wyjechać do Lwowa oficjalnie. Trzeba tylko napisać dużo różnych rzeczy w języku polskim i ukraińskim. Nasza pani dziekan (Wydział Historyczny) była bardzo miła i nie robiła żadnych problemów. Zainteresowała się nawet projektem mojej pracy magisterskiej i powiedziała mi, że matuszki to mają bardzo ciekawe zwyczaje. No proszę...

    Teraz czekam już w zasadzie na zgodę rektora, która jest ponoć formalnością.

    *Ojciec Dyrektor to Dyrektor Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej, prof. M., Ojcem Dyrektorem zwany głównie przeze mnie. Taka prywatna fanaberia.

    **Profesor S. nie jest profesorem, ale tak się do niego mówi. W ogóle "nazewnictwo” jest tu skomplikowane. Już się nauczyłam nazwisk głównych tego świata, ale oni oczywiście posługują się imieniem i pobat’kowi, czyli otczestwem. Prof. S. to Roman Bronyslawowicz. To już umiem :)

    00:48, we-lwowie
    Link Dodaj komentarz »
    wtorek, 30 stycznia 2007
    O czym?

             Wyjeżdżam na pół roku do Lwowa. Chciałabym mieć przez ten czas kontakt ze "światem", czyli z tymi, których zostawiam w domu.

    Ten blog będzie właśnie po to: byście mogli dowiedzieć się, co u mnie.

    Wyjechałam do Lwowa z własnej woli, musiałam w to włożyć sporo wysiłku. Mam nadzieję, że było warto.

    Chciałabym Wam pokazać Lwów takim, jakim go widzę. Mam nadzieję, że uda mi się urozmaicić tekst zdjęciami.

    Ukraina jest pięknym krajem. Wiele tu kontrastów, rzeczy dziwnych, ciekawych, często niespotykanych. Chciałabym na to wszystko spojrzeć oczami etnologa, dostrzec i wynotować to, co mnie samej często wydaje się naturalne, a co stanowi o niezwykłości tego miejsca i ludzi tu żyjących.

     

    23:59, we-lwowie
    Link Komentarze (4) »