RSS
środa, 21 lutego 2007
ПОЛЬСЬКА МОВА

Pieniądze same się nie zarobią. Zresztą, nawiasem mówiąc, pieniądze tu to hroszi. Zupełnie inne znaczenia ma więc stwierdzenie „kupić coś za grosze”.

Ale wracając do tematu: Znalezienie jakiejś sensownej pracy nie jest wcale na Ukrainie łatwe. W zasadzie umiem wiele rzeczy, ale jedyną (chyba) przydatną tutaj jest znajomość języka polskiego. Doszłam do wniosku, że „polska język trudna język” i że Ukraińców zawsze można odrobinę podszkolić. Następnego dnia na Uniwersytecie zawisło takie ogłoszenie:


JĘZYK POLSKI

ПОЛЬСЬКА МОВА
Niedrogie lekcje języka polskiego (korepetycje, konwersacje, czytanie, pisanie, wymowa).

Kaja (Кая) - Studentka Uniwersytetu Warszawskiego pomoże Ci poznać język polski.

Tel. +38093694****

71-23-**


Chętni już są, a ja staram się jakoś przygotować. Jeszcze w Warszawie dostałam od znajomego książkę pod jakże znaczącym tytułem Польська мова, Посібник для студентів-міжнародників. Przejrzałam ją bardzo pobieżnie, ale już znalazłam mnóstwo ciekawostek. Po pierwsze jest tu mnóstwo błędów: ortograficznych, językowych, składniowych... Dużo tu też rzeczy zabawnych. Nie wiem co i przed kim próbują udowodnić autorzy. Sami zresztą spójrzcie.

Najpierw błędy:

  • Autorzy notorycznie piszą „niema”. I nie jest to określenie głuchej dziewczyny...

  • Bohaterowie dialogów wiele rzeczy robią „zrana”.

  • „- Jaka muzykę lubi pan słuchać?

- Słucham muzykę współczesną.”

  • Na peronach w Polsce przyjazdy pociągów są „nabiałym” tle.

  • Po każdym roku studiów studenci odbywają „trzechtygodniowe” praktyki, a w trolejbusie spędza się około „dwudziestopieciu” minut.

  • Na emeryturę się „wychodzi”.

  • Polska ma „wyście” względnie „wyjście” do Morza Bałtyckiego. Wiedzieliście?

  • Bilet kupuje się „comiesiąc”.


Błędów znalazłam dużo więcej, ale tyle na początek chyba wystarczy.

A teraz pajacyki:


Marzenia o wyjeździe do Polski:

„- Najbardziej lubię lato.

- Dlaczego?

- Dlatego, że jest ciepło, można się opalać na słońcu. Również dlatego, że w tym roku pojedziemy na praktyki do Polski.”

Z podręcznika można też wynieść naukę „religijnej” poprawności politycznej:

„ - Jak pan uważa, zgodnie z jakim kalendarzem Juliańskim czy Gregoriańskim mamy świętować przyjście nowego roku kalendarzowego?

- Dla mnie to nie ma żadnego znaczenia.”

Książka podtrzymuje jednak pachnące Sojuzem umiłowanie ojczyzny:

„ - Jak pan uważa, gdzie najlepiej można odpocząć?

- Żeby dobrze odpocząć nie musimy daleko wyjeżdżać, przecież blisko każdego miasta mamy świetne ośrodki wypoczynkowe.”

Polska to jednak wspaniały kraj:

„W Polsce bardzo wygodnie się podróżuje pociągami: siedzenia są miękkie, wagony są ogrzewane, jest w nich także wentylacja – krótko mówiąc są wszystkie warunki do podróżowania.”

Ten fragment jest bardzo zabawny zwłaszcza dla tych, którzy znają pociągi ukraińskie – tańsze i o wiele bardziej komfortowe od polskich.

Mimo wszystko należy pamiętać o podtrzymywaniu dobrego wizerunku Obywatela:

„ – Co pan kupuje w dziale monopolowym?

- Kupuje tam sok jabłkowy, czasem piwo bezalkoholowe i dla siostry napój brzoskwiniowy.”

Nie wiem jak skomentować poniższy tekst:

„ - Kim w przyszłości chce pan zostać?

- W przyszłości chcę zostać urzędnikiem. (...) Zawsze zachwycałem się pracą urzędników.”

Humor z zeszytów?:

„ – Jak opowiada przewodnik w muzeum?

- Przewodnik w muzeum opowiada bardzo ciekawie.”


Znacie może jakieś sensowniejsze podręczniki do nauki naszego pięknego języka?


11:13, we-lwowie
Link Komentarze (3) »
niedziela, 18 lutego 2007
Pierwszy dzień – niedziela.

Poszukiwanie mieszkania było naszym pierwszym wielkim wyzwaniem we Lwowie. Zaczęliśmy od gazety. Niestety: albo ogłoszenia były nieaktualne, albo zgłaszała się agencja, albo cena przerastała nasze wyobrażenia. Od początku rozbawiły mnie dwie rzeczy: wyrażenie „euroremont” i określenie, że mieszkanie jest czyste. Myślałam, że kiedy wynajmuje się mieszkanie jego czystość jest normą. Bardzo się myliłam.

W gazecie nie znaleźliśmy niestety nic, co mogłoby nas usatysfakcjonować. Poszliśmy więc pod bazar przy Operze. Tu często stoją ludzie chcący wynająć pokój bądź mieszkanie. Dość szybko znaleźliśmy kobietę, która bardzo tanio chciała wynająć pokój z kuchnią. O święta naiwności! Wlekliśmy się za nią dość daleko aż dotarliśmy do strasznie zapuszczonej klatki. Budynek prawdopodobnie pochodzi jeszcze z czasów Polski i wtedy był czyszczony i remontowany. Weszliśmy na czwarte piętro i stanęliśmy przed korytarzem wyłożonym niemalże marmurem. Uradowana niemalże do nieprzytomności prawie podskakiwałam w miejscu spodziewając się przytulnego mieszkanka. Kobieta otworzyła drzwi i naszym oczom ukazał się... koszmar. Pokój brudny strasznie, zapadnięte łóżko, wszystko aż tłuste od brudu. Twardo jednak rozglądałam się dalej. Obok drzwi do drugiego pokoju: na podłodze barłóg pełen brudnych szmat, wszędzie walające się papiery i stare (strasznie śmierdzące!) ubrania. W rogu rozklekotana lodówka. Na moje pytanie Pani odpowiedziała, że przecież nie będę tam mieszkać, można zastawić szafą. Prawdę mówiąc nie byłam pewna, czy w kącie nie leży zmarła niedawno swekrucha (teściowa) włascicielki.

Zaintrygowała mnie jeszcze jedna rzecz: brak łazienki i kuchni. Okazało się, że do kuchnio-łazienki wchodzi się z marmurowego korytarzyka, wspólnego z sąsiadami. W środku stała nieludzko brudna kuchenka, wszędzie walały się brudne garnki i talerze. Zlewu nie było. Dopiero po chwili zauważyłam, że jest tylko jeden kurek nad wanną. Gospodyni odpowiedziała, że jak jej zapłacę za trzy miesiące z góry, to zrobi kolonkę (piecyk gazowy). Z tego wszystkiego jednak zdziwił mnie nie stan mieszkania, ale moja własna reakcja: dość długo zastanawiałam się, czy tam nie zamieszkać... Na szczęście rozum wrócił na swoje miejsce i szybko stamtąd uciekłam.

Następnego dnia kupiliśmy gazetę z ogłoszeniami. Tam oczywiście głównie agencje, których usługi kosztują koło 100-150$ (tu w ogóle wszystko przelicza się na dolary, bardzo rzadko na euro). Dziwnym trafem nie miałam „zbędnych” dolarów, więc dzwoniliśmy pod pozostałe numery. Dobre w tym wszystkim jest to, że chociaż telefony są w obrębie Lwowa bezpłatne, przez co nie narażałam Eli i Rusłana na dodatkowe wydatki. Rusłan dzwonił i dzwonił, a ja siedziałam nad nim za każdym razem licząc na to, że coś się znajdzie. Niestety. Zmuszeni byliśmy skorzystać z usług jednej z agencji, wyjątkowo taniej. Szybko okazało się jednak, że agencja ta jest tania, ponieważ podaje tylko numery telefonów i adresy (niedokładne) mieszkań, które prawdopodobnie wypisała z tej samej gazety. Oczywiście pod czterema z pięciu numerów nikogo nie było. Jedna kobieta wypytała tylko, czy podpisaliśmy dohowir (umowę z agencją) i powiedziała, że oferta jest już nieaktualna. I tyle. Zastanawialiśmy się tylko, czy jest sens dochodzić swoich praw i żądać zwrotu pieniędzy. Chyba nie było.

Mieszkanie w końcu znalazłam w najprostszy z możliwych sposobów: panowie z ochrony Uniwersytetu udostępnili mi zeszyt z ogłoszeniami ludzi, którzy chcą wynająć pokój bądź mieszkanie studentom. Większość ogłoszeń skierowana była do studentów płci brzydkiej – nie rozumiem dlaczego.

Na początku wydawało mi się, że mieszkanie jest za daleko od centrum, że jest brzydkie i brudne. Jednak po kolejnej nocy spędzonej w maleńkim pokoiku Eli i Rusłana, gdzie bałam się poruszyć na skrzypiącym łóżku, by nie obudzić dziecka, uznałam, że stosunkowo niedrogie mieszkanie niedaleko Łyczakowskiej jest szczytem moich marzeń i że należy się tam przeprowadzić natychmiast.

A jak mieszkam możecie się sami przekonać.

Teraz jest już trochę czyściej, musiałam też kupić mnóstwo rzeczy takich, jak garnki, miski, poduszka, sztućce itp.


Przedpokój. To kudłate to pies. Został przesiedlony do szafy. Bardzo głęboko...


Pokój. Pierwszy i ostatni – jedyny. Oczywiście już na samym początku rzucają się w oczy narodne motywy.

Kuchnia. Cerata oczywiście moja. Garnek, kubek (dziękuję Magduś!), herbata i wszystko, co nie jest meblem, również. Kuchenka na gaz, za który nie trzeba płacić, uroczo, prawda?


To również kuchnia. NAPRAWDĘ już tak nie wygląda.


Łazienka – mój typ. Jeszcze przed naszą interwencją. Ogromne ilości chloru zrobiły swoje, chociaż podłoga nadal nie wygląda tak, jak bym chciała.


Deski były przegniłe, a w miednicy, która stała na balkonie, leżała wielka kupa namokłego pierza. Gospodyni po prostu wywaliła to przed klatkę (Miasto! Centrum! Mieszkanie w bloku!)


To wszystko Michał wyciągnął spod wanny. Przypominam: miasto, centrum, mieszkanie w bloku – po co szpadel i widły do gnoju...?

Fajnie jest:)

Zapraszam w gosci!


11:08, we-lwowie
Link Komentarze (3) »
piątek, 16 lutego 2007
Pierwszy tydzien - krotki skrot
 

Bardzo trudno zasiasc do pisania. Strasznie duzo mam spraw na glowie.

Moze najpierw spis tresci, czyli tego, co sie dzialo od przyjazdu:

1 dzien – niedziela – poszukiwania mieszkania, odwiedzilismy taka nore, ze strach o tym wspominac. Niestety nie mialam aparatu. Na poczatku smialam sie z ogloszen w gazetach, gdzie napisane jest, ze mieszkanie jest czyste. Juz sie nie smieje...

2 dzien – poszukiwania mieszkania. Wydalismy 150UAH na nic... Nie obejrzelismy ani jednego mieszkania, za to zalozylam sobie konto w banku - to tez zabawna historia.

3 dzien – pierwsze zajecia (baaardzo zabawnie) i poszukiwania mieszkania - wykiwano nas w sposob wyjatkowo klasyczny. Nowe pojecie – euroremont.

4 dzien – zajecia i przeprowadzka. Pierwsza podroz taksowka (generalnie czasem strach nimi jezdzic – tym razem wszystko dobrze) i dluzsze spotkanie z gospodynia – meczaca kobieta.

5 dzien – zajecia, wielkie zakupy i wielkie sprzatanie. Mieszkanie bylo tak brudne, ze strach bylo postawic stope na podlodze, dotknac kranu, dotknac CZEGOKOLWIEK!!! Tak naprawde musialam kupic ogromna ilosc rzeczy, od szczotki toaletowej zaczynajac, na sztuccach konczac.

6 dzien – zajecia, kino, sprzatanie, pranie. Ogladalismy Hannibala z rosyjskim dubbingiem. Strasznie smieszne, ale prawde mowiac niewiele zrozumielismy. Za to kino tanie, bardzo ladne i czyste. W budynku kina byla tez wystawa terrarystyczna – przerazajaca (nie, nie boje sie zwierzat. Straszne byly ich warunki zycia)

7 dzien – dzis. Juz troszke spokojniej.


Tak naprawde wszystko chcialabym opisac, kazdy krok, kazdy zaulek ulicy, wrazenia z zajec na Uniwersytecie. Mam juz troche «recznych» notatek, ale jakos trzeba je przepisac. Robie duzo zdjec, ale nie umiem ich przeniesc na komputer – po prostu pod Win98 aparat nie dziala.


Generalnie wrazenia sa ogromne. Na razie jestem bardzo zadowolona, przyzwyczajam sie do miasta, jego rytmu, zapachu, wszystkiego, co tu jest nowe, inne, nieznane. Boje sie tylko, ze gorzej bedzie, jak Michal wyjedzie i zostawi mnie sama w czterech brudnych scianach...


Za ewentualne bledy przepraszam, trudno sie pisze na tych klawiaturach, o polskich znakach nawet nie marze.

13:40, we-lwowie
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 lutego 2007
Akademik.

Proponowano mi akademik we Lwowie. Dlaczego nie skorzystałam? Zobaczcie:

http://www.joemonster.org/filmy/3344/zabawy-ukrainskich-studentow

W odpowiedzi na ewentualne pytania: Nie, oni nie mowia po ukraińsku.

(nie umiem wstawic filmu z youtube. Jesli ktos chce pomoc - zapraszam)

11:19, we-lwowie
Link Dodaj komentarz »