RSS
środa, 28 marca 2007
Granica*

Pierwszy raz jechałam ze Lwowa w dzień, prawie zawsze jeżdżę nocą. Autobus był z kategorii „pasja, przygoda, ryzyko”, niedługo miałam się dowiedzieć, czemu na tej trasie jeździ tylko taki. Na Stryjskim** wsiadło tylko kilka osób, ale już w centrum autobus się zapełnił. Pasażerowie (a w zasadzie pasażerki) nie kupują „oficjalnych” biletów, płacą kierowcy. Wszyscy są w świetnej komitywie, widać od razu, że dobrze się znają. Autobus jeszcze nie ruszył z przystanku, a już ze wszystkich stron rozległ się odgłos taśmy klejącej. Towarzyszył nam do samej granicy. Wyobrażam sobie, jak czułaby się osoba, którą takie dźwięki przyprawiają o dreszcze. Na szczęście ja do nich nie należę. Wracając do meritum: zwykłych pasażerów było chyba troje: ja, jeszcze jeden Polak i anglistka, profesor lwowskiej politechniki, wykładająca co dwa tygodnie w Polsce, przemiła osoba, przyjacielska, bardzo otwarta i inteligentna. Polak za to był strasznym chamem i ignorantem, na nieszczęście siedział tuż za mną i prawie całą drogę musiałam słuchać jego rozmowy z siedzącym obok Ukraińcem, miłym i uprzejmym człowiekiem. Ukrainiec starał się mówić po polsku, nawet nieźle mu szło, ale Polak strasznie się upierał żeby mówić po rosyjsku. Wracał z dalekiej Rosji, nie był jeszcze nigdy na Ukrainie i z tego, co wywnioskowałam uważał ją za wyjątkowo prymitywne i zacofane państwo. Zwracał się zresztą do Ukraińca „na ty”, co tutaj jest chyba jeszcze większym afrontem, niż u nas. Podczas ich długiej rozmowy usłyszałam jeden śmieszny fragment: Ukrainiec upierał się, że paszport zagraniczny*** jest ważny przez pół roku. Polak uświadomił go, że jest ważny 10 lat, tylko Ukraińcowi po prostu nie starcza miejsca na pieczątki.

Pozostali pasażerowie to wyłącznie kobiety zarabiające na życie właśnie „mrówkarstwem”. Wiele z nich to całkiem młode osoby, zmęczone jednak życiem, ze zniszczonymi rękami i rozbieganymi oczami. Potrafią jednak przysiąść na chwilę i wesoło porozmawiać. Część z nich wiezie tyle, ile uzna za stosowne, mam jednak wrażenie, że większość stanowi zorganizowaną grupę. Już na pierwszy rzut oka można rozpoznać początkujące mrówki – nie mają tej wprawy w zawijaniu paczek w czarny materiał, długo się zastanawiają, gdzie chować, klękając na podłodze podkładają sobie pod kolana torbę, są czyściej ubrane (a przecież podczas upychania papierosów w zakamarkach autobusu ubranie bardzo się brudzi) itp. Właśnie czarny materiał (grube pończochy, ścinki, rękawy) i taśma klejąca to podstawowe wyposażenie mrówki. Dodatkowo przydaje się też igła z nitką i długi metalowy pręt do upychania, a potem wyjmowania paczek z niedostępnych miejsc. Od razu wiadomo, że część przeznaczona jest na stracenie – myślę, że nawet celowo część papierosów jest chowana tak, żeby łatwo było je znaleźć. Miejsc do ukrycia czegokolwiek w autobusie, którym jedziemy jest mnóstwo: właśnie dlatego na tej trasie jeździ taki gruchot. Paczki zawinięte po 3-4 w czarny materiał znikają w czeluściach autobusu w mgnieniu oka. Jedna kobieta uparcie dopycha pojedyncze papierosy do innych paczek. Na granicy polscy celnicy przeszukują cały autobus i wynoszą całe siatki nielegalnego towaru. My stoimy przed autobusem, każdy spowiada się, co wiezie, każdemu celnik przetrząsa bagaż brudną łapą. Upokarzające. Celnicy są jednakowo nieprzyjemni dla wszystkich, zresztą dopóki się nie odezwiemy nie wiedzą, czy jesteśmy Polakami, czy Ukraińcami, kontrola paszportowa była wcześniej. Michał mówi jednak, że i tak powinnam być wdzięczna celnikom, że nie zatrzymują autobusu i nie biorą go na kanał – raz nam się to zdarzyło, była zima, temperatura sporo poniżej zera, wysadzono nas z autobusu i kazano czekać na dworze cztery (!!!) godziny. Celnicy nie byli nawet na tyle uprzejmi, żeby nam udostępnić jakiekolwiek pomieszczenie, był środek nocy (staliśmy od 24 do 4 rano) i generalnie wszystko było pozamykane. Wraz z innymi pasażerami wypiliśmy cały zapas gorących płynów z automatu stojącego na przejściu. Wtedy jednak to kierowcy przewozili ogromne ilości papierosów – mrówki nie pracują w nocy na trasie Lwów – Warszawa. W dzień natomiast celnicy chyba wychodzą z założenia, że każdy chce jakoś żyć i po kilkunastu minutach dają spokój – ile znaleźli, to ich. Bo przecież ich nikt nie kontroluje, nikt nie zapisuje, ile kartonów zebrali w ciągu dnia... Kobiety zaraz po powrocie do autobusu rzucają się na poszukiwania, śmieją się, kiedy znajdą wcześniej schowane paczki. Jest to o tyle zabawne, że poszukiwania zaczynają się, zanim jeszcze autobus ruszy – celnicy stoją na zewnątrz i patrzą na to wszystko. Radosna atmosfera udziela się także mnie – cieszę się z każdego znalezionego przez kobiety zawiniątka. Co dziwne – paczki papierosów po takich przejściach nie są ani trochę zniszczone.


Mrówki wiozą też oczywiście alkohol, jednak ponieważ trudno go schować, wiezie się tyle, ile wolno****. Oczywiście w autobusie jest kilka dodatkowych butelek, deklarują je osoby takie, jak ja – które z nieznanych nikomu przyczyn same nic nie przewożą. Ja po prostu nie zdążyłam kupić, mogłam więc wziąć cudzą butelkę. Generalnie trzeba bardzo uważać biorąc od kogoś alkohol i papierosy do zadeklarowania na granicy. Coraz więcej ludzi przewozi narkotyki w paczkach od papierosów i rozmaite inne substancje w butelkach po wódce. Najbezpieczniej brać towar od osób starszych lub takich, które się zna – to słowa lwowskiej pani profesor. Oczywiście nie ma obowiązku pomagania innym, w wypadku, kiedy nie chcemy nic nikomu przewieźć lepiej powiedzieć, że ma się swoje.


O 14.45 docieram do Lublina (wyjechałam o 7 rano czasu polskiego). Biegnę na poszukiwania autobusu do Warszawy – wiem od Michała, że w okolicach 15 powinny być ze cztery. Znajduję jeden, ale ma zaraz ruszać, a ja nie mam złotówek. Urocze panie w kasach nie są w stanie powiedzieć mi, gdzie jest bankomat, a kartą zapłacić nie mogę. Dopycham się bankomatu, przepuszczają mnie na szczęście koleżanki-mrówki, wymieniam resztki hrywni i modlę się, żeby starczyło. W tym czasie autobus odjeżdża, a kasjerki twierdzą, że następny jest za godzinę. Mnę w ustach przekleństwo i zdyszana do granic możliwości biegam po całym dworcu. W końcu prawie wpadam pod autobus jadący do Warszawy. Po kupieniu biletu zostają mi 2 złote – akurat na wodę mineralną. Siadam w autobusie i oddycham z ulgą. Autobus jest tak nowy i luksusowy, że czuję się w nim nie na miejscu – nie mam odpowiedniego makijażu a biegając po dworcu zgrzałam i poczochrałam się nieprzytomnie.


O 18.00 docieram do Warszawy. Michał, własne łóżko, woda w kranie 24h na dobę. Szczęście absolutne.


Nigdy więcej podróży w dzień.




*Od razu chciałam zaznaczyć, że nie zdradzam żadnych tajemnic, nie chcę utrudniać życia „mrówkom”, opisuję tylko swoje obserwacje

** Stryjski – dworzec autobusowy, między innymi międzynarodowy, zwany także awtowokzałem.

*** Na Ukrainie odpowiednikiem naszego Dowodu Osobistego jest dokument zwany Paszportem, a nasz Paszport to tu Zakordonnyj Pasport.

**** Dozwolona ilość to jeden karton papierosów i litr wódki. Od niedawna smakowe koniaki (zawartość alkoholu to ok. 17%), dawniej zaliczane do win także są traktowane jak wódka – szkoda, bo przez to mniej ich trafia do nas.

19:05, we-lwowie
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 marca 2007
Szuwaks, mydlo...

 

Takie tabliczki/naklejki widnieja w bardzo wielu miejscach na Uniwersytecie. Rozumiem oczywiscie, co oznaczaja, poprosilam jednak o komentarz profesora S. Oburzony odpowiedzial, ze przeciez mezczyzna w pomieszczeniu czapki nosic nie moze. Fakt. U nas zresza tez nie wypada, ale ojciec moj wlasny opowiada, ze jak prosi (a wiem, ze prosi i to bardzo spokojnie) delikwenta, zeby zdjal czapke z daszkiem na wykladzie, to ten sie rzuca.

Michal moj zastanawia sie natomiast, jak na Uniwersytecie radza sobie z ortodoksyjnymi zydami...


Ploszcza Rynok - czyli maslo maslane. Miejsce piekne i bardzo przyjemne.


Mnostwo jest we Lwowie pieknych bram. Postaram sie zgromadzic wieksza ich kolekcje.


To cudo znalazlam zupelnym przypadkiem. Tytul: "Dytyna w zwyczajach i wiruwannjach ukrajins'koho naroda". Niestety nie mozna bylo ksiazki kserowac. Zrobilam wiec fotografie 200 stron. Kregoslup jeczal.


Katedra Swietego Jura. Najwyzej polozona swiatynia we Lwowie.


1. Przepraszam za brak polskich liter i za ewentualne bledy. Pisze w kafejce, gdzie polskiego w ogole nie ma, a klawisze niektore nie zauwazja, ze sie je naciska. Nie wzielam tez z domu okularow, wiec z trudem widze, co pisze.

2. Juz niedlugo relacja z podrozy autobusem do Polski. Pierwszy raz jechalam w dzien - przezycie niezapomniane.

15:33, we-lwowie
Link Komentarze (1) »
niedziela, 18 marca 2007
Zdjęcia pt. ciekawostki różne.

Na Ukrainie dużo popularniejszą od chipsów przekąską są rozmaite suszone stworzenia morskie. Można spróbować anchois (tu: anczousów), krewetek, kalmarów, ośmiornicy i rozmaitych innych rybek. Nawet w bardzo nowoczesnym kinie, w którym sprzedają popcorn, nie należy się dziwić, gdy poczuje się ostry zapach ryby – to sąsiad wyjął przekąskę. Sprzedaje się także całkiem spore suszone ryby (nawet pół metra długości). Widzieliśmy kiedyś na dworcu młodego człowieka w skórze rozmawiającego przez komórkę i trzymającego pod pacha wielka, niezapakowaną rybę. To była jedna z chwil, kiedy strasznie byłam zła na siebie, że nie mam aparatu.

Powyższe zdjęcie jest dowodem na to, że rybę można zjeść także np. gaworząc miło z dziewczyną przez telefon.



Na bazarze. Trochę prowokacyjnie spytałam sprzedającą kobietę: a on jest pusty w środku? Gwałtownie zaprzeczyła: Nie, w środku jest drugi, trochę mniejszy...

Horror.



Bardzo skromna witryna bardzo skromnego Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Lwowskiej.



Nikifor Epifanij Drowniak. Powszechnie znany ukraiński malarz Łemkowszczyzny.


Herb Lwowa. Podejrzewam, że latem rosną tu kwiaty układające się w kształt lwa.



Zachodnie ziemie Ukrainy są najbardziej proukraińską częścią kraju. Tu najwięcej osób głosowało na Juszczenkę, tu też jest najwięcej osób deklarujących się jako wierzące, co wbrew pozorom jest istotne dla państwowości Ukrainy. Na zdjęciach naklejki (wiszące w większości marszrutek) uczące, jak poprawnie mówić po ukraińsku. Formy niepoprawne są zwykle słowami lub formami języka rosyjskiego.



Bazar Wernisaż.


Lwowskie bazary to temat na długą opowieść. Nasz Stadion (czy raczej Bazar Europa) to mały miki w porównaniu z bazarami Lwowa. Wernisaż przeznaczony jest głównie dla turystów. Najwięcej na nim soroczek, czyli ukraińskich koszul haftowanych (oczywiście ręcznie!) w tradycyjne, zazwyczaj geometryczne wzory. Można tu kupić także rozmaite starocie po bardzo zawyżonych cenach. Dużo jest tu także rozmaitej maści suwenirów i biżuterii (także tradycyjnej, ludowej, „tkanej” z malutkich koralików). Oczywiście na dźwięk polskiej mowy ceny skaczą jak szalone.


Wspomniane starocie.


Koszule haftowane koralikami – to już troszkę mniej tradycyjna technika i motywy.


Matrioszki. Są wszędzie, w tym roku robią też furorę w czeskiej Pradze. Tu jedna ciekawska jakaś.


Bazar „zwykły”, czyli taki, na którym można kupić prawie wszystko. Na ponizszych zdjęciach przyprawy prosto z Uzbekistanu. Sprzedawca (ten, który nie patrzy w obiektyw) to Sandżarbek. Kazał mi obiecać, że zadzwonię do jego kolegi w Polsce i powiem mu, że Sandżarbek przyjedzie dopiero za miesiąc.


Spora porcja szafranu (oczywiście oryginalnego! ;)) kosztuje tu tyle samo, co pozostałe przyprawy: 2UAH (1,20PLN). Zastanawiam się, czy nie kupić wszystkiego i nie zbić fortuny na zachodzie.

12:06, we-lwowie
Link Komentarze (17) »
Pierwsze zajęcia
 Przyznaję – trochę się denerwowałam. W końcu to obcy ludzie (nie lubię), obcy język, obce miejsce. Okazało się jednak, że pierwsze zajęcia prowadzi prof. S., którego przecież znam. Pierwsze koty za płoty. Studenci wyglądają i zachowują się, jak nasi gimnazjaliści. Divczata jeszcze jakoś się prezentują, ale chłopcy... Pryszczate toto, włosy brudne i tłuste: właściwa męskim nastolatkom niechęć do wody i mydła.

Siadam spokojnie i czekam. A ci krzyczą, ganiąją po sali, kopią. Zastanawiam się po cichu, czy usiadłam po dobrej stronie katedry. Wychodzę na chwilę z sali, a kiedy wracam, słychać przytłumione szepty spod tłustych (chłopcy) i natapirowanych (dziewczęta) grzywek a także ukradkowe spojrzenia w moja stronę. W końcu wchodzi porządnie spóźniony wykładowca. Wszyscy podrywają się gwałtownie z ławek i stają na baczność. Mocno dziwne, ale dobrze – ja też wstaję. Prof. S. wodzi po nas niezadowolonym wzrokiem (wkrótce się przekonam, że zawsze jest z czegoś niezadowolony) i pozwala usiąść. Na sali cisza, jak makiem zasiał. Prof. S. bierze listę osób od starosty grupy. Starosta dając mu listę oczywiście wstaje. Razem z nią (starostą jest dziewczyna) wstaje jej koleżanka z ławki. Siadają dopiero wtedy, kiedy prof. S. łaskawie na to zezwoli. S. sprawdzając listę pyta, dlaczego nieobecna jest jedna z dziewcząt. Chora. A na co? A po co? A dlaczego? Jak śmiała?!!?

Zaczyna się wykład. S. dyktuje punkty do zeszytu. Reszta wykładu też w formie dyktowanej. Dla mnie to dobrze – zdążam i zrozumieć, i zapisać. S. pyta, kto był kiedykolwiek w muzeum. Podnosi się kilka rąk, w tym moja. Pyta jeszcze o muzea etnograficzne, skanseny. Moja ręka jest jedyną, która powiewa nad głową. Chyba właśnie zasłużyłam na niechęć grupy...

S. w pewnym momencie pyta, dlaczego XIV wiek jest kluczowy w rozwoju Ukrainy. Ja nie wiem, ale na szczęście nie mnie pyta. Okazuje się, że od tego czasu można mówić o Ukrainie i Ukraińcach (nawiasem mówiąc dziwne - mnie uczyli, że od czasu chrztu Rusi Kijowskiej). Nikt nie wiedział. S. wściekły. Wystraszona starosta podrywa się i tłumaczy, że grupa jeszcze nie miała przedmiotu Historia Ukrainy. S. się uspokaja. Ja jestem przerażona. Przecież to wyższe studia. Nie miele historii w szkole...? Przypominam Ci jeszcze, drogi czytelniku, że to studenci Wydziału Historycznego.

Wykład nareszcie się kończy. Oddycham z ulgą. Było strasznie nudno.



Tak mniej więcej wyglądały moje wrażenia z pierwszych zajęć. Jednak im dłużej przebywam na Uniwersytecie, tym bardziej się do pewnych rzeczy przyzwyczajam. I przekonuję się, że pewne rzeczy tylko z początku wydawały mi się dziwaczne.


Ważnymi osobami są tu starostowie. Każda grupa wybiera swojego na początku pierwszego roku, ale z tego, co wiem, można go potem zmienić. Starosta odpowiada za całą grupę. Nosi ze sobą coś w rodzaju dziennika, do którego wpisuje się obecność i „baly” (punkty – na Ukrainie odbywa się właśnie „proces boloński”, który utrudnia życie wszystkim, w tym także mnie). Po wykładach dla całego roku przy wykładowcy kłębi się grupa starostów – każdy chce jak najszybciej wziąć podpis, a wykładowca zachowuje się tak, jakby danie tegoż było wielką łaską.

Zastanawiałam się, co się stanie, jeśli starosta nie przyjdzie na zajęcia: co z podpisem wykładowcy, kto usprawiedliwi nieobecnych i gdzie wpisane zostaną „baly”. Szybko jednak zrozumiałam własną naiwność – na zajęcia przychodzi się zawsze. Zwłaszcza, jeśli jest się starostą. Starosty nie ma chyba tylko wtedy, kiedy dogorywa. U nas, od kiedy pamiętam, zawsze były dozwolone dwie nieusprawiedliwione nieobecności. Tu nieobecność jest wielkim grzechem, z którego skruszony student spowiada się przed wykładowcą.

Zresztą system w ogóle jest tu inny: u nas studenci maja swoich przedstawicieli we władzach Uniwersytetu. Tu starostowie są jakby przedstawicielami władz w grupie: odpowiadają nawet za zachowanie grupy. Kiedy studenci są niegrzeczni (sic!), to starostowie ich uciszają.

Starostą (a może starościną?) w opisywanej powyżej grupie jest jedna z bliźniaczek. Znamienne, nieprawdaż?



11:56, we-lwowie
Link Komentarze (5) »
piątek, 16 marca 2007
no i co?

Drodzy czytelnicy!

Czy Wy w ogole istniejecie...?

Wszystkich, ktorzy tu zagladaja i z pewnoscia z wypiekami na twarzy sledza moje losy we Lwowie, chcialam prosic o wybaczenie. Od bardzo dawna nie bylo nic nowego. Powod jest prosty: moj perfekcjonizm. Chcialabym, zeby kazda dodana notka byla zarowno tresciwa, jak i napisana ladnie, po polsku, zgrabnie i czytelnie. Chcialabym tez wstawiac zdjecia. Niestety: forma graficzna mnie przerasta, a brak notek spowodowany jest glownie tym, ze nie umiem sie zdecydowac, co najpierw opisac. Czy Uniwersytet, ktory az piszczy, zeby zostac opisanym, czy roznorodne "smaczki", w tym wydawanie reszty z tacy w cerkwi? Czy moze marszrutki i "przyjemnosci" z nimi zwiazane? Czy napisac ogolnie o Lwowie; jak sie tu zyje, jakie sa codzienne realia i zmagania z proza zycia?

Kiedy sie zdecyduje - usiade i napisze. Czekajcie!

13:45, we-lwowie
Link Komentarze (2) »
niedziela, 04 marca 2007
Maciek
18:24, we-lwowie
Link Komentarze (1) »