RSS
wtorek, 24 kwietnia 2007
Monotematycznie


Skansen we Lwowie jest ogromny i przepiękny. Bardzo duzo ludzi (w tym mlodzieży) przychodzi tam pohulac (czyli pospacerowac).

Zdjęcia są monotematyczne. Nie wiem, dlaczego Filip (bo i tan odcinek on sponsoruje) robil zdjeica tylko cerkwiom.

Tylko na koncu jest niespodzianka.



http://welwowie.blox.pl/resource/4skansen9.jpg

Raz.


Dwa. (Dobra, to zwykla chata).



http://welwowie.blox.pl/resource/4skansen3.jpg


Trzy.




Cztery. (Dobra, to czeresnia).



http://welwowie.blox.pl/resource/4skansen7.jpg


Piec. (dobra, znow czeresnia)


Szesc.




Siedem.



http://welwowie.blox.pl/resource/4skansen_groch.jpg


Osiem (obiecana niespodzianka - groch: mozna sobie pokleczec...).

20:12, we-lwowie
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 23 kwietnia 2007
By Felippo
Na weekend przyjechal do mnie przemily gosc - Filip. Przegonil mnie po Lwowie tak, ze do teraz bola mnie wszystkie miesnie... Zrobil tez mnostwo zdjec, wiec za jego zgoda niektore zamieszczam.
W nastepnym odcinku skansen.





http://welwowie.blox.pl/resource/3bluszcz.jpg

Taki mam plan, ze jak juz stanie plot, jak juz mieszkanie nam oddadza, jak juz ziemi nasypia, to... tez sobie puszcze bluszcze.



http://welwowie.blox.pl/resource/3cerkiew.jpg

Prawoslawna cerkiew (autokefaliczna tylko z nazwy) pw. sw. Piotra i Pawla.



http://welwowie.blox.pl/resource/3czeresnia.jpg

Czeresnia kwitnie absolutnie oblednie.

http://welwowie.blox.pl/resource/3doniczki.jpg

Filip mowi, ze rano doniczki beda jeszcze bardziej kolorowe.



http://welwowie.blox.pl/resource/3macdonalds.jpg

MakDonal'dz i coca-cola nie zrobily we Lwowie (a moze i na calej Ukrainie) takiej kariery, jak w innych czesciach swiata. To mile.



http://welwowie.blox.pl/resource/3matrioszki.jpg

Wypatroszylismy Juszczenke: alez ma w srodku kompanie!

http://welwowie.blox.pl/resource/3muzeum.jpg

Muzeum Sztuki - po prostu. Ale swiatlo fajne.



http://welwowie.blox.pl/resource/3okno.jpg

Okno. Absolutnie przesliczne zdjecia.



http://welwowie.blox.pl/resource/3ormainsk.jpg

Wychodzac z Katedry Ormianskiej taki widok ma sie po stronie lewej. Klasno...



http://welwowie.blox.pl/resource/3ormians.jpg

Tzw. podworko ormianskie.



http://welwowie.blox.pl/resource/3pisanka6.jpg

Juz po Wielkanocy (Wielykodniu - czemu w Polsce noc, a tu dzien?), ale wystawa pisanek nadal cieszy oko. Tu: jajo strusie. Wiedzieliscie, ze strus to taka ukrainska twaryna, nie?



http://welwowie.blox.pl/resource/3pisanki.jpg

Ach, ta rozmaitosc...



http://welwowie.blox.pl/resource/3podworko.jpg

Lwowskie podworka kryja wiele tajemnic. Na przyklad kolekcje gaci Pani Orysji...



http://welwowie.blox.pl/resource/3podworko2.jpg

Lub po prostu garaz.



http://welwowie.blox.pl/resource/3polskienapisy.jpg

Tak, sporo jest polskich pozostalosci we Lwowie. Niektorzy jedna zaprzeczaja historii. Taki prof. S. na przyklad... Kiedys o tym napisze.



http://welwowie.blox.pl/resource/3praha.jpg

Cafe Praha z profilu.



http://welwowie.blox.pl/resource/3rynek.jpg

Rynek. Ploszcza Rynok. Maslo maslane.



http://welwowie.blox.pl/resource/3spodnica.jpg

I wreszcie! Autorka we wlasnej osobie!



http://welwowie.blox.pl/resource/3swiatlo.jpg

Ladnie tu w sumie. Zwlaszcza w niedziele.



http://welwowie.blox.pl/resource/3uniwersytet.jpg

Tu studiuje. Nie, studiuje to zle slowo. Tu sie ucze. Tu podlegam tresurze. Tu oczy wybaluszam co rusz.



http://welwowie.blox.pl/resource/3uspienska.jpg

Alez kopula!



http://welwowie.blox.pl/resource/3wielfranko.jpg

Obiecany Welykyj Franko. Mnie przytlacza i przeraza.



13:47, we-lwowie
Link Komentarze (1) »
czwartek, 19 kwietnia 2007
Skype
Drodzy czytelnicy!
Odkrylam nowe, genialne zreszta udogodnienie - jego nazwa w tytule notki.
Wszytskich posiadaczy, ktorzy chca ze mna porozmawiac, serdecznie zapraszam - podajcie swoje loginy, a chetni "zadzwonie" (czy jak to sie mowi).

20:57, we-lwowie
Link Komentarze (2) »
Stereotypy i moja walka z rzeczywistością.


UWAGA! Notka kontrowersyjna, niegodna prawdziwego etnologa i tolerancyjnego czlowieka!


Mieszkam tu (niedoinformowanym: we Lwowie) już dwa miesiące. I dumam od czasu do czasu nad tym, czym jest stereotyp etniczny. Nie mam niestety wiekopomnego dzieła profesor Zofii Staszczak, wiec sprawdzić nie mogę. Cóż mi pozostaje? Polegać na wiedzy? Nie, raczej zastanowić się nad własną definicję. Moją, osobistą.

Czy moje przekonania na temat Ukrainy (dobra, zachodniej) były przedsądami, czy może opierały się jednak na jakichś faktach? Przecież byłam wcześniej na Ukrainie ileś razy, w tym raz ciurkiem przez miesiąc. Co się zmieniło? Na pewno wygasł wielki entuzjazm. Czy spowodowała to konfrontacja z rzeczywistością, czy może coś innego – nie wiem. Mogę jednak powiedzieć, że żyje się tu trudno. Takie małe zmagania z rzeczywistością, jaką jest na przykład brak wody (wody w ogóle, nie ciepłej wody), mogą naprawdę dobić człowieka. W większej części Lwowa woda jest tylko rano i wieczorem, czyli od 6 do 9 i od 18 do 21. Oczywiście: można sobie nabrać (nabieram), trzeba mieć mnóstwo baniaków, zbiorników itp. (mam). Oczywiście: jestem śpiochem. Przecież wstawanie o ósmej nie jest jeszcze końcem świata. Ale badania przecież dowodzą, że są ludzie skowronki i ludzie sowy. To nie jest wybór tylko konstrukcja taka, wiecie. Tu sowy nie mają racji bytu: jeśli wrócisz do domu po 21, albo po prostu wieczorem się zagapisz, to nici z mycia. Wiem, można myć się w misce, można wstać rano. Ale strasznie to uciążliwe. Kiedy przyjeżdża się na badania, czy na wycieczkę, nie dostrzega się, jak bardzo jest to męczące na codzień. Zresztą kiedy rozmawia się tu o mieszkaniu (wynajmowaniu czy kupnie), pierwsze pytanie brzmi: kiedy jest woda. Uprzywilejowani mają wodę dłużej: do 10 rano i 22 wieczorem. Szczęśliwcy mieszkający niedaleko szpitali itp. mają wodę całą dobę. Ja znam jedną taką osobę... Warto też mieszkać koło banku – wtedy rzadziej wyłączają światło. Ja już nie robię zapasów w zamrażalniku: kiedyś po kilkunastu godzinach awarii wszystko popłynęło wartką strugą i przestało się nadawać do czegokolwiek.

Bardzo nieprzyjemny jest też transport. Wielbiciele ocierania się, przylegania do obcych ciał i chuchania w nos byliby tu w siódmym niebie. Marszrutek jest mnóstwo, jeżdżą non-stop we wszystkich kierunkach, ale to i tak za mało. Wepchnięcie się rano do tramwaju (wsiadam na pętli!) bywa niewykonalne - tramwaj jest dużo tańszy i są zniżki studenckie. I tu właśnie pojawia się uprzedzenie, albo i wyrobiony odruch: mam mdłości jeszcze zanim wsiądę do marszrutki. Ludzie śmierdzą strasznie. Kwaśny odór potu, straszny smród niemytych (pewnie latami) zębów. Codziennie się zastanawiam, co jest gorsze: zima, kiedy ludzie ubrani są w grube paltoty i pocą się w dusznej marszrutce, czy lato, kiedy pocą się po prostu z upału ogólnego. Na korzyść zimy przemawia to, że paltoty stanowią pewną izolację przed wydzielaniem się smrodu. Na niekorzyść – zapach naftaliny. Czasem jadę dumając nad życiem, zapominam się i zaczynam normalnie oddychać. I bywa, że wszystko jest normalnie – poziom smrodu nie przekracza średniej. Ale bywa i tak, że w pewnym momencie obywatel (bo przecież już nie towarzysz) nagle odezwie się lub kaszlnie. Od smrodu aż kręci się w głowie.

Toalety: generalnie większość „na narciarza”. Koleżanka opowiadała mi, że zapytała na Krymie, dlaczego wszystkie toalety są takie i odpowiedziano jej (ze zdziwieniem – czego się taka pyta!), że przecież tak jest higieniczniej. Taaak... Rzeczywiście: z obrzydliwie brudnej toalety narciarskiej (znacie jakieś lepsze określenie?) da się skorzystać, a z „normalnej” bywa, że nie. Ale ta przewaga jest tylko przy założeniu, że toalety są nieludzko brudne. Fakt. Są. Na uniwersytecie brudno nawet nie jest (przynajmniej nie strasznie), ale smród jest okropny. Toalety są odremontowane, nowe drzwi, kafelki. Ale umywalka tylko jedna i jakby wisząca mimochodem. Kiedyś stojąc w kolejce policzyłam dziewczyny myjące ręce po wyjściu z toalety. Z dwudziestu sześciu ręce umyły trzy... Zresztą to w ogóle jest paradoks – wchodząc do sali mijam starannie ubraną i umalowaną dziewczynę. Musiała sporo czasu spędzić przed lustrem. Szkoda jednak, że tylko przed lustrem, a nie pod prysznicem – kwaśny odór potu bije od niej na kilka metrów. Chyba dylemat czysta czy wyspana rozwiązała na korzyść snu. I gdyby ona była jedyna... Ale nie: większość studentów to ludzie, że tak powiem, wyspani.


Zastanawiam się, czy to ja mam jakąś obsesję, czy tylko mnie przeszkadza brud i smród. Mieszkam na trzecim piętrze (czwartym powerchu) i często musze zbiegać na dół bardzo szybko – tak śmierdzi na klatce schodowej. A moja jeszcze nie jest najgorsza, są takie, że aż strach się bać. Drzwi od mieszkania są nieszczelne, więc smród przenika do środka. Czasem na klatce sąsiad pali papierosy. Dym wpełza szparą pod drzwiami.


Tak, zastanawiam się, czy jestem jakimś dziwadłem, czy mam nadwrażliwość węchową, czy tylko lekką obsesję Może mam. Ale ta drobna przypadłość sprawia, że zaczynam się złościć na wszystkich i na wszystko, ręce opadają mi ze zmęczenia, nie mam siły ciągle wstrzymywać oddechu. Błogosławię katar zatykający nos.

Nie powinno się oceniać ludzi po zapachu. Ale ja nie jestem w stanie rozmawiać z kimś, kto tak strasznie śmierdzi. A tu śmierdzi wszystko i wszędzie. Na krótszą metę to jest do zniesienia – przecież w trakcie badań rozmawiałam z wieloma śmierdzącymi ludźmi. Ale codzienność i życie w smrodzie mnie przerasta.


I tak wracamy do stereotypu. Jestem gotowa podpisać się pod stwierdzeniem, że Ukraińcy (dobra, Lwowiacy) śmierdzą. Wiem, nie wszyscy. Ale większość. A większość wyznacza normę. Normą więc jest śmierdzieć. Jestem uprzedzona. Howgh.

11:35, we-lwowie
Link Komentarze (3) »
wtorek, 17 kwietnia 2007
Szpital

Moja znajoma lezy w szpitalu. Dzwonie do niej, by sie dowiedziec, jak sie czuje. Mowi mi, ze musi na weekend jechac do domu. Dziwie sie, bo do domu ma daleko i dojazd jest niezmiernie niewygodny. Ona upiera sie jednak i mowi, ze musi jechac, bo chce sie umyc. Dziwie sie ponownie, a ona smieje sie (a jest smiech pelen przerazenia) i mowi, ze przeciez w szpitalu nie ma cieplej wody... Wody cieplej nie ma, jest za to robactwo wszelakie. Mowi mi, ze robak wlazl nawet do zamknietej butelki z woda.

Jestem przerazona.

13:24, we-lwowie
Link Dodaj komentarz »
Uniwersytet i okolice

Uniwersytet nosi imie Iwana Franki. Na powyzszym zdjeciu tzw. Malyj Franko. Przed gmachem jest jeszcze welykyj, zdjecie niedlugo.


Nareszcie wiosna. Strasznie meczaca jest zima we Lwowie.


"Nema wilnoji Pol'szczi bez wilnoji Ukrajiny. Jerzy Giedroyc i "Kul'tura": ukrajins'kyj kontekst."


Kozak. Pewnie jichaw czerez misto :)

13:20, we-lwowie
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 kwietnia 2007
Вербна Неділя

Weekend spędziłam na Wołyniu. Wioska, w której byłam, nazywa się Mownykiw i leży niedaleko Nowowołyńska.

http://welwowie.blox.pl/resource/2kogut.jpg

Prawdę mówiąc myślałam, że będzie już bardziej zielono. Kwitły jednak tylko żonkile.

http://welwowie.blox.pl/resource/dom.jpg

Doktor B. twierdzi, że za Sojuzu nie wolno było malować domu na kolory narodowe (niebiesko-żółte). Wydaje się to logiczne, ale nie wiem, jak było naprawdę.



http://welwowie.blox.pl/resource/2jezioro.jpg

Tu Michał kąpał się zeszłego lata, kiedy przyjechaliśmy na chrzciny Swiatosława, którego zdjęcia poniżej. Po wodzie pływał martwy łabędź, a muł sięgał do kolan. Normalnie czad.


http://welwowie.blox.pl/resource/2kury1.jpg

Kury.


http://welwowie.blox.pl/resource/2zoladek1.jpg

http://welwowie.blox.pl/resource/2zoladki.jpg

Nie wiedzieliście, że tak wyglądają flaczki „przed”, prawda?



http://welwowie.blox.pl/resource/2kaktus.jpg

 

W domu na oknie pięknie kwitną kaktusy.


http://welwowie.blox.pl/resource/2sviatik3.jpg

http://welwowie.blox.pl/resource/2sviatik2.jpg

http://welwowie.blox.pl/resource/2Sviatik.jpg

To właśnie wspomniany Swiatosław, zwany Swiatikiem bądź Sławikiem. Do wyboru.



http://welwowie.blox.pl/resource/2drzewo.jpg

Swiatik z babcią i jej siostrą sadzi drzewo. Bez entuzjazmu, niestety.




W niedzielę było święto – Вербна Неділя, tak samo zresztą, jak i w Polsce. Co kilka lat Wielkanoc i święta ją poprzedzające wypadają w Kościele Katolickim i Prawosławnym w tym samym czasie.

http://welwowie.blox.pl/resource/2cerkiew.jpg

Powiedziano mi, że nabożeństwo w cerkwi zaczyna się o 7.30. Wstałam więc wcześnie i poszłam z palmami w dłoni. Straszna mgla - to widac, nie?

http://welwowie.blox.pl/resource/2palmy.jpg

Palmy kupiłam w Czervonohradzie. Jedna kosztowała 2 hrywnie, druga 3. Razem to ok. 3zł.



http://welwowie.blox.pl/resource/2ozdoba.jpg

Moja palma miała bardzo oryginalne ozdoby z papierków od cukierków i nanizanych na drucik kulek styropianu. Pomysłowość ludzka nie zna granic.



http://welwowie.blox.pl/resource/2dwie.jpg

W drodze do cerkwi wyprzedziłam babcię z wnuczką. Nie chciałam, żeby wiedziały, że je fotografuję, dlatego niestety zdjęcie jest bardzo kiepskiej jakości.

http://welwowie.blox.pl/resource/2but.jpg

Dziewczynka (lat 6-7) miała na nogach eleganckie pantofle, stanowczo dużo na nią za duże. Była z nich bardzo dumna, przed wejściem do cerkwi jeszcze je przetarła mokrą trawą.

http://welwowie.blox.pl/resource/2krzyz.jpg

W przedsionku cerkwi wisi instrukcja, z której można się dowiedzieć, jak się prawidłowo przeżegnać. Jeśli na „i Syna” ręką dotkniemy okolic mostka, krzyż wyjdzie odwrócony, a wtedy biesy będą hulać z naszą duszą. Prawidłowo ręka powinna powędrować w okolice pępka. Zapewni nam to bezpieczeństwo. Ja wiedziałam to już wcześniej, a Wy?





http://welwowie.blox.pl/resource/2arka.jpg

A to największe kuriozum architektoniczne, z jakim tu się spotkałam. Nowoczesna kościoły mają często zaskakujące bryły, jednak cerkwi w tak idiotycznym kształcie jeszcze nie spotkałam. Oczywiście jest to arka. Domyśliliście się, prawda?

Czervonohrad. Zdjęcie robione z pędzącego autobusu.



12:14, we-lwowie
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 02 kwietnia 2007
Komentarze
Odpowiadajac na pytania niektorych czytelnikow (przeslane oczywiscie mailem):
Juz nie trzeba sie logowac, wspomagac sitwy Adasia Jakaly itp., by skomentowac wpisy na blogu.

Poprzednia "zapora" to wylacznie moje niedopatrzenie.

12:22, we-lwowie
Link Komentarze (1) »
środa, 28 marca 2007
Granica*

Pierwszy raz jechałam ze Lwowa w dzień, prawie zawsze jeżdżę nocą. Autobus był z kategorii „pasja, przygoda, ryzyko”, niedługo miałam się dowiedzieć, czemu na tej trasie jeździ tylko taki. Na Stryjskim** wsiadło tylko kilka osób, ale już w centrum autobus się zapełnił. Pasażerowie (a w zasadzie pasażerki) nie kupują „oficjalnych” biletów, płacą kierowcy. Wszyscy są w świetnej komitywie, widać od razu, że dobrze się znają. Autobus jeszcze nie ruszył z przystanku, a już ze wszystkich stron rozległ się odgłos taśmy klejącej. Towarzyszył nam do samej granicy. Wyobrażam sobie, jak czułaby się osoba, którą takie dźwięki przyprawiają o dreszcze. Na szczęście ja do nich nie należę. Wracając do meritum: zwykłych pasażerów było chyba troje: ja, jeszcze jeden Polak i anglistka, profesor lwowskiej politechniki, wykładająca co dwa tygodnie w Polsce, przemiła osoba, przyjacielska, bardzo otwarta i inteligentna. Polak za to był strasznym chamem i ignorantem, na nieszczęście siedział tuż za mną i prawie całą drogę musiałam słuchać jego rozmowy z siedzącym obok Ukraińcem, miłym i uprzejmym człowiekiem. Ukrainiec starał się mówić po polsku, nawet nieźle mu szło, ale Polak strasznie się upierał żeby mówić po rosyjsku. Wracał z dalekiej Rosji, nie był jeszcze nigdy na Ukrainie i z tego, co wywnioskowałam uważał ją za wyjątkowo prymitywne i zacofane państwo. Zwracał się zresztą do Ukraińca „na ty”, co tutaj jest chyba jeszcze większym afrontem, niż u nas. Podczas ich długiej rozmowy usłyszałam jeden śmieszny fragment: Ukrainiec upierał się, że paszport zagraniczny*** jest ważny przez pół roku. Polak uświadomił go, że jest ważny 10 lat, tylko Ukraińcowi po prostu nie starcza miejsca na pieczątki.

Pozostali pasażerowie to wyłącznie kobiety zarabiające na życie właśnie „mrówkarstwem”. Wiele z nich to całkiem młode osoby, zmęczone jednak życiem, ze zniszczonymi rękami i rozbieganymi oczami. Potrafią jednak przysiąść na chwilę i wesoło porozmawiać. Część z nich wiezie tyle, ile uzna za stosowne, mam jednak wrażenie, że większość stanowi zorganizowaną grupę. Już na pierwszy rzut oka można rozpoznać początkujące mrówki – nie mają tej wprawy w zawijaniu paczek w czarny materiał, długo się zastanawiają, gdzie chować, klękając na podłodze podkładają sobie pod kolana torbę, są czyściej ubrane (a przecież podczas upychania papierosów w zakamarkach autobusu ubranie bardzo się brudzi) itp. Właśnie czarny materiał (grube pończochy, ścinki, rękawy) i taśma klejąca to podstawowe wyposażenie mrówki. Dodatkowo przydaje się też igła z nitką i długi metalowy pręt do upychania, a potem wyjmowania paczek z niedostępnych miejsc. Od razu wiadomo, że część przeznaczona jest na stracenie – myślę, że nawet celowo część papierosów jest chowana tak, żeby łatwo było je znaleźć. Miejsc do ukrycia czegokolwiek w autobusie, którym jedziemy jest mnóstwo: właśnie dlatego na tej trasie jeździ taki gruchot. Paczki zawinięte po 3-4 w czarny materiał znikają w czeluściach autobusu w mgnieniu oka. Jedna kobieta uparcie dopycha pojedyncze papierosy do innych paczek. Na granicy polscy celnicy przeszukują cały autobus i wynoszą całe siatki nielegalnego towaru. My stoimy przed autobusem, każdy spowiada się, co wiezie, każdemu celnik przetrząsa bagaż brudną łapą. Upokarzające. Celnicy są jednakowo nieprzyjemni dla wszystkich, zresztą dopóki się nie odezwiemy nie wiedzą, czy jesteśmy Polakami, czy Ukraińcami, kontrola paszportowa była wcześniej. Michał mówi jednak, że i tak powinnam być wdzięczna celnikom, że nie zatrzymują autobusu i nie biorą go na kanał – raz nam się to zdarzyło, była zima, temperatura sporo poniżej zera, wysadzono nas z autobusu i kazano czekać na dworze cztery (!!!) godziny. Celnicy nie byli nawet na tyle uprzejmi, żeby nam udostępnić jakiekolwiek pomieszczenie, był środek nocy (staliśmy od 24 do 4 rano) i generalnie wszystko było pozamykane. Wraz z innymi pasażerami wypiliśmy cały zapas gorących płynów z automatu stojącego na przejściu. Wtedy jednak to kierowcy przewozili ogromne ilości papierosów – mrówki nie pracują w nocy na trasie Lwów – Warszawa. W dzień natomiast celnicy chyba wychodzą z założenia, że każdy chce jakoś żyć i po kilkunastu minutach dają spokój – ile znaleźli, to ich. Bo przecież ich nikt nie kontroluje, nikt nie zapisuje, ile kartonów zebrali w ciągu dnia... Kobiety zaraz po powrocie do autobusu rzucają się na poszukiwania, śmieją się, kiedy znajdą wcześniej schowane paczki. Jest to o tyle zabawne, że poszukiwania zaczynają się, zanim jeszcze autobus ruszy – celnicy stoją na zewnątrz i patrzą na to wszystko. Radosna atmosfera udziela się także mnie – cieszę się z każdego znalezionego przez kobiety zawiniątka. Co dziwne – paczki papierosów po takich przejściach nie są ani trochę zniszczone.


Mrówki wiozą też oczywiście alkohol, jednak ponieważ trudno go schować, wiezie się tyle, ile wolno****. Oczywiście w autobusie jest kilka dodatkowych butelek, deklarują je osoby takie, jak ja – które z nieznanych nikomu przyczyn same nic nie przewożą. Ja po prostu nie zdążyłam kupić, mogłam więc wziąć cudzą butelkę. Generalnie trzeba bardzo uważać biorąc od kogoś alkohol i papierosy do zadeklarowania na granicy. Coraz więcej ludzi przewozi narkotyki w paczkach od papierosów i rozmaite inne substancje w butelkach po wódce. Najbezpieczniej brać towar od osób starszych lub takich, które się zna – to słowa lwowskiej pani profesor. Oczywiście nie ma obowiązku pomagania innym, w wypadku, kiedy nie chcemy nic nikomu przewieźć lepiej powiedzieć, że ma się swoje.


O 14.45 docieram do Lublina (wyjechałam o 7 rano czasu polskiego). Biegnę na poszukiwania autobusu do Warszawy – wiem od Michała, że w okolicach 15 powinny być ze cztery. Znajduję jeden, ale ma zaraz ruszać, a ja nie mam złotówek. Urocze panie w kasach nie są w stanie powiedzieć mi, gdzie jest bankomat, a kartą zapłacić nie mogę. Dopycham się bankomatu, przepuszczają mnie na szczęście koleżanki-mrówki, wymieniam resztki hrywni i modlę się, żeby starczyło. W tym czasie autobus odjeżdża, a kasjerki twierdzą, że następny jest za godzinę. Mnę w ustach przekleństwo i zdyszana do granic możliwości biegam po całym dworcu. W końcu prawie wpadam pod autobus jadący do Warszawy. Po kupieniu biletu zostają mi 2 złote – akurat na wodę mineralną. Siadam w autobusie i oddycham z ulgą. Autobus jest tak nowy i luksusowy, że czuję się w nim nie na miejscu – nie mam odpowiedniego makijażu a biegając po dworcu zgrzałam i poczochrałam się nieprzytomnie.


O 18.00 docieram do Warszawy. Michał, własne łóżko, woda w kranie 24h na dobę. Szczęście absolutne.


Nigdy więcej podróży w dzień.




*Od razu chciałam zaznaczyć, że nie zdradzam żadnych tajemnic, nie chcę utrudniać życia „mrówkom”, opisuję tylko swoje obserwacje

** Stryjski – dworzec autobusowy, między innymi międzynarodowy, zwany także awtowokzałem.

*** Na Ukrainie odpowiednikiem naszego Dowodu Osobistego jest dokument zwany Paszportem, a nasz Paszport to tu Zakordonnyj Pasport.

**** Dozwolona ilość to jeden karton papierosów i litr wódki. Od niedawna smakowe koniaki (zawartość alkoholu to ok. 17%), dawniej zaliczane do win także są traktowane jak wódka – szkoda, bo przez to mniej ich trafia do nas.

19:05, we-lwowie
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 marca 2007
Szuwaks, mydlo...

 

Takie tabliczki/naklejki widnieja w bardzo wielu miejscach na Uniwersytecie. Rozumiem oczywiscie, co oznaczaja, poprosilam jednak o komentarz profesora S. Oburzony odpowiedzial, ze przeciez mezczyzna w pomieszczeniu czapki nosic nie moze. Fakt. U nas zresza tez nie wypada, ale ojciec moj wlasny opowiada, ze jak prosi (a wiem, ze prosi i to bardzo spokojnie) delikwenta, zeby zdjal czapke z daszkiem na wykladzie, to ten sie rzuca.

Michal moj zastanawia sie natomiast, jak na Uniwersytecie radza sobie z ortodoksyjnymi zydami...


Ploszcza Rynok - czyli maslo maslane. Miejsce piekne i bardzo przyjemne.


Mnostwo jest we Lwowie pieknych bram. Postaram sie zgromadzic wieksza ich kolekcje.


To cudo znalazlam zupelnym przypadkiem. Tytul: "Dytyna w zwyczajach i wiruwannjach ukrajins'koho naroda". Niestety nie mozna bylo ksiazki kserowac. Zrobilam wiec fotografie 200 stron. Kregoslup jeczal.


Katedra Swietego Jura. Najwyzej polozona swiatynia we Lwowie.


1. Przepraszam za brak polskich liter i za ewentualne bledy. Pisze w kafejce, gdzie polskiego w ogole nie ma, a klawisze niektore nie zauwazja, ze sie je naciska. Nie wzielam tez z domu okularow, wiec z trudem widze, co pisze.

2. Juz niedlugo relacja z podrozy autobusem do Polski. Pierwszy raz jechalam w dzien - przezycie niezapomniane.

15:33, we-lwowie
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5