RSS
niedziela, 18 marca 2007
Zdjęcia pt. ciekawostki różne.

Na Ukrainie dużo popularniejszą od chipsów przekąską są rozmaite suszone stworzenia morskie. Można spróbować anchois (tu: anczousów), krewetek, kalmarów, ośmiornicy i rozmaitych innych rybek. Nawet w bardzo nowoczesnym kinie, w którym sprzedają popcorn, nie należy się dziwić, gdy poczuje się ostry zapach ryby – to sąsiad wyjął przekąskę. Sprzedaje się także całkiem spore suszone ryby (nawet pół metra długości). Widzieliśmy kiedyś na dworcu młodego człowieka w skórze rozmawiającego przez komórkę i trzymającego pod pacha wielka, niezapakowaną rybę. To była jedna z chwil, kiedy strasznie byłam zła na siebie, że nie mam aparatu.

Powyższe zdjęcie jest dowodem na to, że rybę można zjeść także np. gaworząc miło z dziewczyną przez telefon.



Na bazarze. Trochę prowokacyjnie spytałam sprzedającą kobietę: a on jest pusty w środku? Gwałtownie zaprzeczyła: Nie, w środku jest drugi, trochę mniejszy...

Horror.



Bardzo skromna witryna bardzo skromnego Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Lwowskiej.



Nikifor Epifanij Drowniak. Powszechnie znany ukraiński malarz Łemkowszczyzny.


Herb Lwowa. Podejrzewam, że latem rosną tu kwiaty układające się w kształt lwa.



Zachodnie ziemie Ukrainy są najbardziej proukraińską częścią kraju. Tu najwięcej osób głosowało na Juszczenkę, tu też jest najwięcej osób deklarujących się jako wierzące, co wbrew pozorom jest istotne dla państwowości Ukrainy. Na zdjęciach naklejki (wiszące w większości marszrutek) uczące, jak poprawnie mówić po ukraińsku. Formy niepoprawne są zwykle słowami lub formami języka rosyjskiego.



Bazar Wernisaż.


Lwowskie bazary to temat na długą opowieść. Nasz Stadion (czy raczej Bazar Europa) to mały miki w porównaniu z bazarami Lwowa. Wernisaż przeznaczony jest głównie dla turystów. Najwięcej na nim soroczek, czyli ukraińskich koszul haftowanych (oczywiście ręcznie!) w tradycyjne, zazwyczaj geometryczne wzory. Można tu kupić także rozmaite starocie po bardzo zawyżonych cenach. Dużo jest tu także rozmaitej maści suwenirów i biżuterii (także tradycyjnej, ludowej, „tkanej” z malutkich koralików). Oczywiście na dźwięk polskiej mowy ceny skaczą jak szalone.


Wspomniane starocie.


Koszule haftowane koralikami – to już troszkę mniej tradycyjna technika i motywy.


Matrioszki. Są wszędzie, w tym roku robią też furorę w czeskiej Pradze. Tu jedna ciekawska jakaś.


Bazar „zwykły”, czyli taki, na którym można kupić prawie wszystko. Na ponizszych zdjęciach przyprawy prosto z Uzbekistanu. Sprzedawca (ten, który nie patrzy w obiektyw) to Sandżarbek. Kazał mi obiecać, że zadzwonię do jego kolegi w Polsce i powiem mu, że Sandżarbek przyjedzie dopiero za miesiąc.


Spora porcja szafranu (oczywiście oryginalnego! ;)) kosztuje tu tyle samo, co pozostałe przyprawy: 2UAH (1,20PLN). Zastanawiam się, czy nie kupić wszystkiego i nie zbić fortuny na zachodzie.

12:06, we-lwowie
Link Komentarze (17) »
Pierwsze zajęcia
 Przyznaję – trochę się denerwowałam. W końcu to obcy ludzie (nie lubię), obcy język, obce miejsce. Okazało się jednak, że pierwsze zajęcia prowadzi prof. S., którego przecież znam. Pierwsze koty za płoty. Studenci wyglądają i zachowują się, jak nasi gimnazjaliści. Divczata jeszcze jakoś się prezentują, ale chłopcy... Pryszczate toto, włosy brudne i tłuste: właściwa męskim nastolatkom niechęć do wody i mydła.

Siadam spokojnie i czekam. A ci krzyczą, ganiąją po sali, kopią. Zastanawiam się po cichu, czy usiadłam po dobrej stronie katedry. Wychodzę na chwilę z sali, a kiedy wracam, słychać przytłumione szepty spod tłustych (chłopcy) i natapirowanych (dziewczęta) grzywek a także ukradkowe spojrzenia w moja stronę. W końcu wchodzi porządnie spóźniony wykładowca. Wszyscy podrywają się gwałtownie z ławek i stają na baczność. Mocno dziwne, ale dobrze – ja też wstaję. Prof. S. wodzi po nas niezadowolonym wzrokiem (wkrótce się przekonam, że zawsze jest z czegoś niezadowolony) i pozwala usiąść. Na sali cisza, jak makiem zasiał. Prof. S. bierze listę osób od starosty grupy. Starosta dając mu listę oczywiście wstaje. Razem z nią (starostą jest dziewczyna) wstaje jej koleżanka z ławki. Siadają dopiero wtedy, kiedy prof. S. łaskawie na to zezwoli. S. sprawdzając listę pyta, dlaczego nieobecna jest jedna z dziewcząt. Chora. A na co? A po co? A dlaczego? Jak śmiała?!!?

Zaczyna się wykład. S. dyktuje punkty do zeszytu. Reszta wykładu też w formie dyktowanej. Dla mnie to dobrze – zdążam i zrozumieć, i zapisać. S. pyta, kto był kiedykolwiek w muzeum. Podnosi się kilka rąk, w tym moja. Pyta jeszcze o muzea etnograficzne, skanseny. Moja ręka jest jedyną, która powiewa nad głową. Chyba właśnie zasłużyłam na niechęć grupy...

S. w pewnym momencie pyta, dlaczego XIV wiek jest kluczowy w rozwoju Ukrainy. Ja nie wiem, ale na szczęście nie mnie pyta. Okazuje się, że od tego czasu można mówić o Ukrainie i Ukraińcach (nawiasem mówiąc dziwne - mnie uczyli, że od czasu chrztu Rusi Kijowskiej). Nikt nie wiedział. S. wściekły. Wystraszona starosta podrywa się i tłumaczy, że grupa jeszcze nie miała przedmiotu Historia Ukrainy. S. się uspokaja. Ja jestem przerażona. Przecież to wyższe studia. Nie miele historii w szkole...? Przypominam Ci jeszcze, drogi czytelniku, że to studenci Wydziału Historycznego.

Wykład nareszcie się kończy. Oddycham z ulgą. Było strasznie nudno.



Tak mniej więcej wyglądały moje wrażenia z pierwszych zajęć. Jednak im dłużej przebywam na Uniwersytecie, tym bardziej się do pewnych rzeczy przyzwyczajam. I przekonuję się, że pewne rzeczy tylko z początku wydawały mi się dziwaczne.


Ważnymi osobami są tu starostowie. Każda grupa wybiera swojego na początku pierwszego roku, ale z tego, co wiem, można go potem zmienić. Starosta odpowiada za całą grupę. Nosi ze sobą coś w rodzaju dziennika, do którego wpisuje się obecność i „baly” (punkty – na Ukrainie odbywa się właśnie „proces boloński”, który utrudnia życie wszystkim, w tym także mnie). Po wykładach dla całego roku przy wykładowcy kłębi się grupa starostów – każdy chce jak najszybciej wziąć podpis, a wykładowca zachowuje się tak, jakby danie tegoż było wielką łaską.

Zastanawiałam się, co się stanie, jeśli starosta nie przyjdzie na zajęcia: co z podpisem wykładowcy, kto usprawiedliwi nieobecnych i gdzie wpisane zostaną „baly”. Szybko jednak zrozumiałam własną naiwność – na zajęcia przychodzi się zawsze. Zwłaszcza, jeśli jest się starostą. Starosty nie ma chyba tylko wtedy, kiedy dogorywa. U nas, od kiedy pamiętam, zawsze były dozwolone dwie nieusprawiedliwione nieobecności. Tu nieobecność jest wielkim grzechem, z którego skruszony student spowiada się przed wykładowcą.

Zresztą system w ogóle jest tu inny: u nas studenci maja swoich przedstawicieli we władzach Uniwersytetu. Tu starostowie są jakby przedstawicielami władz w grupie: odpowiadają nawet za zachowanie grupy. Kiedy studenci są niegrzeczni (sic!), to starostowie ich uciszają.

Starostą (a może starościną?) w opisywanej powyżej grupie jest jedna z bliźniaczek. Znamienne, nieprawdaż?



11:56, we-lwowie
Link Komentarze (5) »
piątek, 16 marca 2007
no i co?

Drodzy czytelnicy!

Czy Wy w ogole istniejecie...?

Wszystkich, ktorzy tu zagladaja i z pewnoscia z wypiekami na twarzy sledza moje losy we Lwowie, chcialam prosic o wybaczenie. Od bardzo dawna nie bylo nic nowego. Powod jest prosty: moj perfekcjonizm. Chcialabym, zeby kazda dodana notka byla zarowno tresciwa, jak i napisana ladnie, po polsku, zgrabnie i czytelnie. Chcialabym tez wstawiac zdjecia. Niestety: forma graficzna mnie przerasta, a brak notek spowodowany jest glownie tym, ze nie umiem sie zdecydowac, co najpierw opisac. Czy Uniwersytet, ktory az piszczy, zeby zostac opisanym, czy roznorodne "smaczki", w tym wydawanie reszty z tacy w cerkwi? Czy moze marszrutki i "przyjemnosci" z nimi zwiazane? Czy napisac ogolnie o Lwowie; jak sie tu zyje, jakie sa codzienne realia i zmagania z proza zycia?

Kiedy sie zdecyduje - usiade i napisze. Czekajcie!

13:45, we-lwowie
Link Komentarze (2) »
niedziela, 04 marca 2007
Maciek
18:24, we-lwowie
Link Komentarze (1) »
środa, 21 lutego 2007
ПОЛЬСЬКА МОВА

Pieniądze same się nie zarobią. Zresztą, nawiasem mówiąc, pieniądze tu to hroszi. Zupełnie inne znaczenia ma więc stwierdzenie „kupić coś za grosze”.

Ale wracając do tematu: Znalezienie jakiejś sensownej pracy nie jest wcale na Ukrainie łatwe. W zasadzie umiem wiele rzeczy, ale jedyną (chyba) przydatną tutaj jest znajomość języka polskiego. Doszłam do wniosku, że „polska język trudna język” i że Ukraińców zawsze można odrobinę podszkolić. Następnego dnia na Uniwersytecie zawisło takie ogłoszenie:


JĘZYK POLSKI

ПОЛЬСЬКА МОВА
Niedrogie lekcje języka polskiego (korepetycje, konwersacje, czytanie, pisanie, wymowa).

Kaja (Кая) - Studentka Uniwersytetu Warszawskiego pomoże Ci poznać język polski.

Tel. +38093694****

71-23-**


Chętni już są, a ja staram się jakoś przygotować. Jeszcze w Warszawie dostałam od znajomego książkę pod jakże znaczącym tytułem Польська мова, Посібник для студентів-міжнародників. Przejrzałam ją bardzo pobieżnie, ale już znalazłam mnóstwo ciekawostek. Po pierwsze jest tu mnóstwo błędów: ortograficznych, językowych, składniowych... Dużo tu też rzeczy zabawnych. Nie wiem co i przed kim próbują udowodnić autorzy. Sami zresztą spójrzcie.

Najpierw błędy:

  • Autorzy notorycznie piszą „niema”. I nie jest to określenie głuchej dziewczyny...

  • Bohaterowie dialogów wiele rzeczy robią „zrana”.

  • „- Jaka muzykę lubi pan słuchać?

- Słucham muzykę współczesną.”

  • Na peronach w Polsce przyjazdy pociągów są „nabiałym” tle.

  • Po każdym roku studiów studenci odbywają „trzechtygodniowe” praktyki, a w trolejbusie spędza się około „dwudziestopieciu” minut.

  • Na emeryturę się „wychodzi”.

  • Polska ma „wyście” względnie „wyjście” do Morza Bałtyckiego. Wiedzieliście?

  • Bilet kupuje się „comiesiąc”.


Błędów znalazłam dużo więcej, ale tyle na początek chyba wystarczy.

A teraz pajacyki:


Marzenia o wyjeździe do Polski:

„- Najbardziej lubię lato.

- Dlaczego?

- Dlatego, że jest ciepło, można się opalać na słońcu. Również dlatego, że w tym roku pojedziemy na praktyki do Polski.”

Z podręcznika można też wynieść naukę „religijnej” poprawności politycznej:

„ - Jak pan uważa, zgodnie z jakim kalendarzem Juliańskim czy Gregoriańskim mamy świętować przyjście nowego roku kalendarzowego?

- Dla mnie to nie ma żadnego znaczenia.”

Książka podtrzymuje jednak pachnące Sojuzem umiłowanie ojczyzny:

„ - Jak pan uważa, gdzie najlepiej można odpocząć?

- Żeby dobrze odpocząć nie musimy daleko wyjeżdżać, przecież blisko każdego miasta mamy świetne ośrodki wypoczynkowe.”

Polska to jednak wspaniały kraj:

„W Polsce bardzo wygodnie się podróżuje pociągami: siedzenia są miękkie, wagony są ogrzewane, jest w nich także wentylacja – krótko mówiąc są wszystkie warunki do podróżowania.”

Ten fragment jest bardzo zabawny zwłaszcza dla tych, którzy znają pociągi ukraińskie – tańsze i o wiele bardziej komfortowe od polskich.

Mimo wszystko należy pamiętać o podtrzymywaniu dobrego wizerunku Obywatela:

„ – Co pan kupuje w dziale monopolowym?

- Kupuje tam sok jabłkowy, czasem piwo bezalkoholowe i dla siostry napój brzoskwiniowy.”

Nie wiem jak skomentować poniższy tekst:

„ - Kim w przyszłości chce pan zostać?

- W przyszłości chcę zostać urzędnikiem. (...) Zawsze zachwycałem się pracą urzędników.”

Humor z zeszytów?:

„ – Jak opowiada przewodnik w muzeum?

- Przewodnik w muzeum opowiada bardzo ciekawie.”


Znacie może jakieś sensowniejsze podręczniki do nauki naszego pięknego języka?


11:13, we-lwowie
Link Komentarze (3) »
niedziela, 18 lutego 2007
Pierwszy dzień – niedziela.

Poszukiwanie mieszkania było naszym pierwszym wielkim wyzwaniem we Lwowie. Zaczęliśmy od gazety. Niestety: albo ogłoszenia były nieaktualne, albo zgłaszała się agencja, albo cena przerastała nasze wyobrażenia. Od początku rozbawiły mnie dwie rzeczy: wyrażenie „euroremont” i określenie, że mieszkanie jest czyste. Myślałam, że kiedy wynajmuje się mieszkanie jego czystość jest normą. Bardzo się myliłam.

W gazecie nie znaleźliśmy niestety nic, co mogłoby nas usatysfakcjonować. Poszliśmy więc pod bazar przy Operze. Tu często stoją ludzie chcący wynająć pokój bądź mieszkanie. Dość szybko znaleźliśmy kobietę, która bardzo tanio chciała wynająć pokój z kuchnią. O święta naiwności! Wlekliśmy się za nią dość daleko aż dotarliśmy do strasznie zapuszczonej klatki. Budynek prawdopodobnie pochodzi jeszcze z czasów Polski i wtedy był czyszczony i remontowany. Weszliśmy na czwarte piętro i stanęliśmy przed korytarzem wyłożonym niemalże marmurem. Uradowana niemalże do nieprzytomności prawie podskakiwałam w miejscu spodziewając się przytulnego mieszkanka. Kobieta otworzyła drzwi i naszym oczom ukazał się... koszmar. Pokój brudny strasznie, zapadnięte łóżko, wszystko aż tłuste od brudu. Twardo jednak rozglądałam się dalej. Obok drzwi do drugiego pokoju: na podłodze barłóg pełen brudnych szmat, wszędzie walające się papiery i stare (strasznie śmierdzące!) ubrania. W rogu rozklekotana lodówka. Na moje pytanie Pani odpowiedziała, że przecież nie będę tam mieszkać, można zastawić szafą. Prawdę mówiąc nie byłam pewna, czy w kącie nie leży zmarła niedawno swekrucha (teściowa) włascicielki.

Zaintrygowała mnie jeszcze jedna rzecz: brak łazienki i kuchni. Okazało się, że do kuchnio-łazienki wchodzi się z marmurowego korytarzyka, wspólnego z sąsiadami. W środku stała nieludzko brudna kuchenka, wszędzie walały się brudne garnki i talerze. Zlewu nie było. Dopiero po chwili zauważyłam, że jest tylko jeden kurek nad wanną. Gospodyni odpowiedziała, że jak jej zapłacę za trzy miesiące z góry, to zrobi kolonkę (piecyk gazowy). Z tego wszystkiego jednak zdziwił mnie nie stan mieszkania, ale moja własna reakcja: dość długo zastanawiałam się, czy tam nie zamieszkać... Na szczęście rozum wrócił na swoje miejsce i szybko stamtąd uciekłam.

Następnego dnia kupiliśmy gazetę z ogłoszeniami. Tam oczywiście głównie agencje, których usługi kosztują koło 100-150$ (tu w ogóle wszystko przelicza się na dolary, bardzo rzadko na euro). Dziwnym trafem nie miałam „zbędnych” dolarów, więc dzwoniliśmy pod pozostałe numery. Dobre w tym wszystkim jest to, że chociaż telefony są w obrębie Lwowa bezpłatne, przez co nie narażałam Eli i Rusłana na dodatkowe wydatki. Rusłan dzwonił i dzwonił, a ja siedziałam nad nim za każdym razem licząc na to, że coś się znajdzie. Niestety. Zmuszeni byliśmy skorzystać z usług jednej z agencji, wyjątkowo taniej. Szybko okazało się jednak, że agencja ta jest tania, ponieważ podaje tylko numery telefonów i adresy (niedokładne) mieszkań, które prawdopodobnie wypisała z tej samej gazety. Oczywiście pod czterema z pięciu numerów nikogo nie było. Jedna kobieta wypytała tylko, czy podpisaliśmy dohowir (umowę z agencją) i powiedziała, że oferta jest już nieaktualna. I tyle. Zastanawialiśmy się tylko, czy jest sens dochodzić swoich praw i żądać zwrotu pieniędzy. Chyba nie było.

Mieszkanie w końcu znalazłam w najprostszy z możliwych sposobów: panowie z ochrony Uniwersytetu udostępnili mi zeszyt z ogłoszeniami ludzi, którzy chcą wynająć pokój bądź mieszkanie studentom. Większość ogłoszeń skierowana była do studentów płci brzydkiej – nie rozumiem dlaczego.

Na początku wydawało mi się, że mieszkanie jest za daleko od centrum, że jest brzydkie i brudne. Jednak po kolejnej nocy spędzonej w maleńkim pokoiku Eli i Rusłana, gdzie bałam się poruszyć na skrzypiącym łóżku, by nie obudzić dziecka, uznałam, że stosunkowo niedrogie mieszkanie niedaleko Łyczakowskiej jest szczytem moich marzeń i że należy się tam przeprowadzić natychmiast.

A jak mieszkam możecie się sami przekonać.

Teraz jest już trochę czyściej, musiałam też kupić mnóstwo rzeczy takich, jak garnki, miski, poduszka, sztućce itp.


Przedpokój. To kudłate to pies. Został przesiedlony do szafy. Bardzo głęboko...


Pokój. Pierwszy i ostatni – jedyny. Oczywiście już na samym początku rzucają się w oczy narodne motywy.

Kuchnia. Cerata oczywiście moja. Garnek, kubek (dziękuję Magduś!), herbata i wszystko, co nie jest meblem, również. Kuchenka na gaz, za który nie trzeba płacić, uroczo, prawda?


To również kuchnia. NAPRAWDĘ już tak nie wygląda.


Łazienka – mój typ. Jeszcze przed naszą interwencją. Ogromne ilości chloru zrobiły swoje, chociaż podłoga nadal nie wygląda tak, jak bym chciała.


Deski były przegniłe, a w miednicy, która stała na balkonie, leżała wielka kupa namokłego pierza. Gospodyni po prostu wywaliła to przed klatkę (Miasto! Centrum! Mieszkanie w bloku!)


To wszystko Michał wyciągnął spod wanny. Przypominam: miasto, centrum, mieszkanie w bloku – po co szpadel i widły do gnoju...?

Fajnie jest:)

Zapraszam w gosci!


11:08, we-lwowie
Link Komentarze (3) »
piątek, 16 lutego 2007
Pierwszy tydzien - krotki skrot
 

Bardzo trudno zasiasc do pisania. Strasznie duzo mam spraw na glowie.

Moze najpierw spis tresci, czyli tego, co sie dzialo od przyjazdu:

1 dzien – niedziela – poszukiwania mieszkania, odwiedzilismy taka nore, ze strach o tym wspominac. Niestety nie mialam aparatu. Na poczatku smialam sie z ogloszen w gazetach, gdzie napisane jest, ze mieszkanie jest czyste. Juz sie nie smieje...

2 dzien – poszukiwania mieszkania. Wydalismy 150UAH na nic... Nie obejrzelismy ani jednego mieszkania, za to zalozylam sobie konto w banku - to tez zabawna historia.

3 dzien – pierwsze zajecia (baaardzo zabawnie) i poszukiwania mieszkania - wykiwano nas w sposob wyjatkowo klasyczny. Nowe pojecie – euroremont.

4 dzien – zajecia i przeprowadzka. Pierwsza podroz taksowka (generalnie czasem strach nimi jezdzic – tym razem wszystko dobrze) i dluzsze spotkanie z gospodynia – meczaca kobieta.

5 dzien – zajecia, wielkie zakupy i wielkie sprzatanie. Mieszkanie bylo tak brudne, ze strach bylo postawic stope na podlodze, dotknac kranu, dotknac CZEGOKOLWIEK!!! Tak naprawde musialam kupic ogromna ilosc rzeczy, od szczotki toaletowej zaczynajac, na sztuccach konczac.

6 dzien – zajecia, kino, sprzatanie, pranie. Ogladalismy Hannibala z rosyjskim dubbingiem. Strasznie smieszne, ale prawde mowiac niewiele zrozumielismy. Za to kino tanie, bardzo ladne i czyste. W budynku kina byla tez wystawa terrarystyczna – przerazajaca (nie, nie boje sie zwierzat. Straszne byly ich warunki zycia)

7 dzien – dzis. Juz troszke spokojniej.


Tak naprawde wszystko chcialabym opisac, kazdy krok, kazdy zaulek ulicy, wrazenia z zajec na Uniwersytecie. Mam juz troche «recznych» notatek, ale jakos trzeba je przepisac. Robie duzo zdjec, ale nie umiem ich przeniesc na komputer – po prostu pod Win98 aparat nie dziala.


Generalnie wrazenia sa ogromne. Na razie jestem bardzo zadowolona, przyzwyczajam sie do miasta, jego rytmu, zapachu, wszystkiego, co tu jest nowe, inne, nieznane. Boje sie tylko, ze gorzej bedzie, jak Michal wyjedzie i zostawi mnie sama w czterech brudnych scianach...


Za ewentualne bledy przepraszam, trudno sie pisze na tych klawiaturach, o polskich znakach nawet nie marze.

13:40, we-lwowie
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 lutego 2007
Akademik.

Proponowano mi akademik we Lwowie. Dlaczego nie skorzystałam? Zobaczcie:

http://www.joemonster.org/filmy/3344/zabawy-ukrainskich-studentow

W odpowiedzi na ewentualne pytania: Nie, oni nie mowia po ukraińsku.

(nie umiem wstawic filmu z youtube. Jesli ktos chce pomoc - zapraszam)

11:19, we-lwowie
Link Dodaj komentarz »
środa, 31 stycznia 2007
Unia dociera wszędzie.

Movnykiv, niedaleko Nowowołyńska.

23:09, we-lwowie
Link Dodaj komentarz »
Proza życia...

Początek wielkiej kolekcji. Tylko dla twardzieli. Osobom "obrzydliwym" i tym, które mają słabe nerwy bądź bujną wyobraźnię - nie radzę oglądać.

  • Centrum Lwowa, niedaleko Opernoho, 100$ za miesiąc. Takie wygody mieli dość długo nasi bliscy znajomi. I dzielili je ze sporą grupą innych szczęśliwców: pierwsza

  • Kamionka Buz'ka (dawniej Strumiłowa), 3,75 UAH za przejazd z centrum Lwowa. Mieszkaliśmy tam miesiąc. Opłaty "grzecznościowe": druga

  • 23:07, we-lwowie
    Link Komentarze (1) »
    1 , 2 , 3 , 4 , 5